Wyszłam z domu Kamila z uśmiechem na twarzy. Było już późno i słońce chowało się za horyzontem. Widok zaróżowionego nieba zauroczył mnie swoim pięknem i kazał mi przyspieszyć kroku. Nie
lubiłam chodzić na zewnątrz, gdy było ciemno. A na dodatek
musiałam jeszcze przejść przez Zakazane Osiedle.
Zakazane Osiedle było opuszczoną częścią miasta pełną starych i przerażających budynków, w których nikt od dawna nie mieszkał. Czy to była jakaś kara Boska?! Miałam przechodzić przez najstraszniejsze miejsce w mieście i to po ciemku?!
Zaczęłam powoli przechodzić uliczkami Zakazanego Osiedla kierując się jak najszybciej w stronę głównej drogi. Nagły szelest za moimi plecami kazał mi przyspieszyć kroku. Dobrze, że wzięłam sztylet, który zostawił dla mnie mój ojciec. Mogłabym się w razie czego obronić.
Z każdym krokiem szelest stawał się coraz wyraźniejszy i swym dźwiękiem zaczął przypominać odgłos kroków. Czyjś śmiech tuż obok mojej głowy sparaliżował moje ciało. Był to ostry, krótki i przerażający męski chichot.
-No, no, no... Naprawdę wyglądasz jak twoja matka, ale włosy masz po dziadku. Zabiję cię z rozkoszą. Nie tak jak twoich dziadków, których musiałem zabić z przymusu, ale zabiję cię z przyjemnością.- mężczyzna mówił do mnie swoim zachrypniętym głosem i stanął przede mną.
Miał długie, brązowe włosy związane na karku w koński ogon. Lewa połowa jego twarzy była oderwana i ukazywała jego mięśnie, szczęki i żuchwę. Jego oczy były całe czarne. Nie miał nawet białek! Wyglądał strasznie, ale nie dałam po sobie poznać jak bardzo mnie przeraził.
-Nawet w takiej sytuacji się nie boisz, co?- zaśmiał się mężczyzna, a z każdym ruchem jego szczęk robiło mi się niedobrze.- Wesz, kto mi to zrobił? Twoja matka! Twoja chora matka!
-Nie mów nic złego o mojej mamie!- warknęłam w jego stronę sięgając do sztyletu, który miałam za plecami.
Wbij mu sztylet w brzuch i biegnij w stronę rzeki tak szybko, jak tylko możesz. Będę tam na ciebie czekał i ci pomogę. Zaufaj mi!- usłyszałam miły, męski głos w swojej głowie. Czy to była moja wyobraźnia, czy to działo się naprawdę?!
W głowie słyszałam czyjś głos, a przede mną stał mężczyzna, który wyglądał jak jakiś potwór! Jak to możliwe, że krew nie leje mu się z twarzy litrami?! O co tu chodzi?!
Jednak głos w głowie miał rację. Muszę go jakoś zatrzymać i uciec. To, co podpowiadał mi głos było najlepszym wyjściem z sytuacji.
Jednym, płynnym ruchem i rzuciłam nim precyzyjnie w brzuch mężczyzny, który zawył boleśnie. Miałam zamiar uciekać, gdy w moim umyśle pojawiła się myśl, że nie mogę zostawić sztyletu po ojcu w brzuchu tej kanalii. Podbiegłam do mężczyzny, wyrwałam mu sztylet i odbijając się butem od jego rany przeskoczyłam nad nim.
Kierując się w stronę rzeki biegłam co sił w nogach. Krzyki i jęki mężczyzny powoli cichły, a ja byłam już przy moście. Zaraz będę bezpieczna...
Niespodziewanie ktoś wyłonił się z lasu i zasłonił mi usta dłonią obejmując mnie w pasie. Zaciągnął mnie do lasu i delikatnie posadził na ziemi. Wyrywanie się nie miało sensu, więc nawet się nie broniłam.
Spokojnie, nie jestem wrogiem.- głos znowu rozbrzmiał w mojej głowie. Czyżby to ten chłopak do mnie mówił?- Połóż się na ziemi i nie wydawaj z siebie żadnego dźwięku. Roch może nas zaraz odnaleźć.
Zrobiłam to, co mi kazał. Położyłam się bezszelestnie na brzuchu czując na nagich udach mokrą ziemię. Chłopak położył się obok i wreszcie mogłam dostrzec jego twarz (poprawka: jego nieziemsko piękną twarz!)
Miał on piękne, granatowe włosy i czerwone oczy. Miał twarz modela i posturę sportowca. Był wiele ode mnie wyższy (chociaż każdy był ode mnie wyższy...). Sięgałabym mu ledwie do obojczyków. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się ukazując piękne, równe, białe zęby.
Mam na imię James i tak jak ty jestem Bestią. Za chwilę ci wszystko wytłumaczę....
Z każdym krokiem szelest stawał się coraz wyraźniejszy i swym dźwiękiem zaczął przypominać odgłos kroków. Czyjś śmiech tuż obok mojej głowy sparaliżował moje ciało. Był to ostry, krótki i przerażający męski chichot.
-No, no, no... Naprawdę wyglądasz jak twoja matka, ale włosy masz po dziadku. Zabiję cię z rozkoszą. Nie tak jak twoich dziadków, których musiałem zabić z przymusu, ale zabiję cię z przyjemnością.- mężczyzna mówił do mnie swoim zachrypniętym głosem i stanął przede mną.
Miał długie, brązowe włosy związane na karku w koński ogon. Lewa połowa jego twarzy była oderwana i ukazywała jego mięśnie, szczęki i żuchwę. Jego oczy były całe czarne. Nie miał nawet białek! Wyglądał strasznie, ale nie dałam po sobie poznać jak bardzo mnie przeraził.
-Nawet w takiej sytuacji się nie boisz, co?- zaśmiał się mężczyzna, a z każdym ruchem jego szczęk robiło mi się niedobrze.- Wesz, kto mi to zrobił? Twoja matka! Twoja chora matka!
-Nie mów nic złego o mojej mamie!- warknęłam w jego stronę sięgając do sztyletu, który miałam za plecami.
Wbij mu sztylet w brzuch i biegnij w stronę rzeki tak szybko, jak tylko możesz. Będę tam na ciebie czekał i ci pomogę. Zaufaj mi!- usłyszałam miły, męski głos w swojej głowie. Czy to była moja wyobraźnia, czy to działo się naprawdę?!
W głowie słyszałam czyjś głos, a przede mną stał mężczyzna, który wyglądał jak jakiś potwór! Jak to możliwe, że krew nie leje mu się z twarzy litrami?! O co tu chodzi?!
Jednak głos w głowie miał rację. Muszę go jakoś zatrzymać i uciec. To, co podpowiadał mi głos było najlepszym wyjściem z sytuacji.
Jednym, płynnym ruchem i rzuciłam nim precyzyjnie w brzuch mężczyzny, który zawył boleśnie. Miałam zamiar uciekać, gdy w moim umyśle pojawiła się myśl, że nie mogę zostawić sztyletu po ojcu w brzuchu tej kanalii. Podbiegłam do mężczyzny, wyrwałam mu sztylet i odbijając się butem od jego rany przeskoczyłam nad nim.
Kierując się w stronę rzeki biegłam co sił w nogach. Krzyki i jęki mężczyzny powoli cichły, a ja byłam już przy moście. Zaraz będę bezpieczna...
Niespodziewanie ktoś wyłonił się z lasu i zasłonił mi usta dłonią obejmując mnie w pasie. Zaciągnął mnie do lasu i delikatnie posadził na ziemi. Wyrywanie się nie miało sensu, więc nawet się nie broniłam.
Spokojnie, nie jestem wrogiem.- głos znowu rozbrzmiał w mojej głowie. Czyżby to ten chłopak do mnie mówił?- Połóż się na ziemi i nie wydawaj z siebie żadnego dźwięku. Roch może nas zaraz odnaleźć.
Zrobiłam to, co mi kazał. Położyłam się bezszelestnie na brzuchu czując na nagich udach mokrą ziemię. Chłopak położył się obok i wreszcie mogłam dostrzec jego twarz (poprawka: jego nieziemsko piękną twarz!)
Miał on piękne, granatowe włosy i czerwone oczy. Miał twarz modela i posturę sportowca. Był wiele ode mnie wyższy (chociaż każdy był ode mnie wyższy...). Sięgałabym mu ledwie do obojczyków. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się ukazując piękne, równe, białe zęby.
Mam na imię James i tak jak ty jestem Bestią. Za chwilę ci wszystko wytłumaczę....
Nie mów nic. Kocha się za nic. Nie istnieje żaden powód do miłości. (Paulo Coelho)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz