wtorek, 30 lipca 2013

Rozdział XIV- Dolina Potępionych

   -Mamy teraz iść z tobą do jakiegoś cholernego piekła po tym, jak nas okłamałaś?! Jak ty to sobie wyobrażasz?!- warknął wściekły Michael, którego od rzucenia się na blondynkę z trudem powstrzymywała Dominica.
 -Nie okłamałam was! Nigdy mnie nie pytaliście, czy jestem smokiem, ani nie dopytywaliście się o moich rodziców! A to, co wam powiedziałam o mojej poprzedniej szkole było prawdą! Nigdy was nie okłamałam!- krzyknęła rozwścieczona Alice, która powoli traciła kontrolę nad sobą. Jednak jej słowa najwidoczniej dotarły do Michaela i nie tylko jego. 
 -Michael, ona ma rację.- powiedziała spokojnie Vellain kładąc mu dłoń na klatce piersiowej. Chłopak westchnął tylko z rezygnacją i spojrzał w czerwone oczy blondynki.
 -Przepraszam.- wyszeptał i spojrzał na Selene.- Którzy z nas tam pójdą?
 -Nie pytaj o to mnie.- zaśmiała się królowa i razem z Temidą odwróciły wzrok w stronę Alice.- Ja tam nie byłam.
 -Potrzebuję mocy ziemi, wiatru, wody, zmiennokształtności i elektryczności.- powiedziała spokojnym głosem i spojrzała na Rafaela.- Potrzebujemy też jednego odważnego kotołaka.- zaśmiała się blondynka patrząc na zakłopotany pysk chłopaka.
 -No ale żadne z nas nie odkryło w sobie jeszcze zdolności do władania elektrycznością.- powiedział Ian lustrując wszystkich swoimi błękitnymi oczami.
 -Nie był bym tego taki pewien.- zaśmiał się Michael i wokół jego zaciśniętej pięści pojawiły się złote iskierki.- Więc kiedy wyruszamy?

 -Jesteś pewna, że to bezpieczne?- jęknęła przestraszona Caroline parząc na szczupłe plecy Alice.
 -Nie, nie jest.- powiedziała blondynka z dzikim uśmiechem i przeniosła wzrok na skalny łuk, który stanowił wejście do ogromnej pieczary.- Ale tutaj spędziłam siedem lat mojego życia.- wyszeptała wywołując zaskoczenie przyjaciół i wszyscy weszli do jaskini. Czuć było tam zapach siarki palonej skóry.- Kiedyś bawiłam się w tym korytarzu. Pewnie znajdziemy tu gdzieś ślady moich szponów.- zaśmiała się Mia przyglądając się z nostalgią podrapanym ścianom. W jej czerwonych oczach pojawiło się dziecinne szczęście, które po chwili ustąpiło miejsca bezdennemu skupieniu.- Stańcie za mną!- ryknęła w stronę grupy rozkładając ramiona i stając na ich czele.
 -Jednak twoje zmysły się wyostrzyły.- rozległ się kobiecy głos, którego źródła nie mogło wyczuć żadne z nich, ale blondynka patrzyła uważnie przed siebie.- Dawno cię tutaj nie widziałam, Mio...
 -Przykro mi, ale nie miałam czasu na odwiedziny.- syknęła czerwonooka przez zęby ściągając brwi i patrząc spode łba na cień, który wyłaniał się powoli z głębi jaskini. Najpierw ukazała się im oczom ponętna, kobieca sylwetka, później dostrzegli długie, niebieskie włosy, a w następnej chwili duże, dzikie oczy o dwóch kolorach. Jedno z nich było błękitne, a drugie rubionowe.- Ale miło mi, że znowu się spotykamy, Sandro.
 -To ty ją znasz?- wyszeptała Domica mierząc nieznajomą wzrokiem, ale Alice uciszyła ją gestem dłoni.
 -Co cię tu sprowadza, Mio?- zapytała Sandra ukazując w nieludzkim uśmiechu swoje białe kły.- I na dodatek co sprawiło, że sprowadziłaś tu czwórkę ludzi, kotołaka i smoka?
 -Skąd ona...
 -To nie jest w tej chwili istotne.- przerwała Alice fioletowo-okiemu opanowanym głosem. Peter spojrzał na nią niepewnie, ale jedno, krótkie spojrzenie blondynki go uspokoiło.- Przepuść nas.
-Skąd mogę wiedzieć, że nie idziesz tam w złych intencjach?- wymruczała niebiesko-włosa patrząc uważnie na twarz czerwono-okiej, w której oczach pojawił się cień irytacji.
   Mia wyciągnęła zza pasa srebrny sztylet i przejechała nim po wewnętrznej stronie dłoni podając sztylet Sandrze, w której oczach zapłonęło pożądanie. Jej twarz wykrzywiła się w szyderczym uśmiechu i pospiesznie chwyciła sztylet. Z jej rubinowych ust wyłonił się długi, zielony język i oplótł ostrze noża zlizując z niego łapczywie krew. Jej źrenice się rozszerzyły, ale żądza krwi nie znikała z jej twarzy. W końcu oddała jej sztylet z niezadowoleniem i zeszła z ich drogi.
 -Jak zwykle nieskazitelnie czysta.- powiedziała szyderczo Sandra obserwując jak grupa wchodzi do jaskini.- Czy gdy zginiesz to będę mogła cię zjeść, Mio?- krzyknęła za nią kobieta z ciepłym uśmiechem na ustach. Alice odwróciła się w jej stronę i odwzajemniła uśmiech i ruszyła dalej.
 -Ja nigdy nie zginę!- odkrzyknęła z krystalicznym śmiechem. Sandra zaśmiała się cicho i pochyliła głowę.
 -Nawet anioły upadają, panienko...
   Te kilka słów, które były przeznaczone tylko dla uszu blondynki dotarły tylko do niej i zostały w jej sercu na zawsze. "Nawet anioły upadają". Tak, ona miała rację.
 -Co to była za...- zaczął Peter.
 -...istota?- dokończyła za niego Mia patrząc na uśmiechniętą twarz Petera.- Sandra, znana również jako Cerber. Pies Piekieł. Mój ojciec miał kilka takich. Zawsze pilnowały miejsc, które były dla niego ważne.- powiedziała blondynka z uśmiechem i prowadziła grupę długim korytarzem.- Była moją opiekunką, gdy byłam mała i to ona mnie szkoliła. To naprawdę miła osoba, ale odkąd pamiętam chciała mnie zjeść.
 -I mówisz o tym z takim spokojem?- jęknęła zaskoczona Caroline, a jej oczy wyglądały jak pięciozłotówki.
 -Tak. Jestem od niej silniejsza, a poza tym zaklęcie, które rzuciła na nią moja matka nie pozwala jej mnie zabić. Nawet gdybym sama chciała śmierci z jej ręki to nic by na to nie poradziła.- dopowiedziała Mia z uśmiechem i zatrzymując się obróciła się gwałtownie w ich stronę opierając prawą dłoń na biodrze.- Posłuchajcie mnie. Ja pamiętam te drogi na pamięć, ale jeżeli oddalicie się choćby na krok to zostaniecie rozszarpani na strzępy i zjedzeni przez Cerber. Wiem, że teraz wygląda na niewinną dziewczynkę, ale gdy przybierze postać trójgłowego psa to robi się niezbyt miła. Zwłaszcza, gdy jest głodna, a głodna jest zawsze.
Jeżeli nie będziecie gotowi do walki to zostaniecie zaatakowani przez szalone gargulce, które od lat marzą o jakiejś rozrywce. Możecie też po prostu się zgubić, a stąd jest tylko jedno wyjście. Krótko mówiąc- trzymaj się mnie jeśli chcesz przeżyć.
 -Czyli będziemy musieli tu z kimś walczyć?- jęknęła przestraszona Dominica obejmując ciasno ramię Michaela.
 -Tak.- odpowiedziała z dzikim uśmiechem Alice patrząc na ich zaskoczone i przepełnione strachem twarze. Tylko Peter zdawał się być obojętny.- Na przykład z tym wampirem, co stoi za mną i gapi się na was jak na jedzenie.

~*~

    Sorki, że mnie nie było tak długo, ale w końcu są wakacje! :3 Mam nadzieję, że wam się podobało! 

niedziela, 28 lipca 2013

Rozdział XIII- Nowa twarz Alice

   Tego już było za wiele! Najpierw ta misja w tej cholernej jaskini, potem teleportacja, a teraz musi dzielić pokój z tą dziwną dziewczyną! Czemu Selene mu to robiła?! Stracił pamięć, ale ta blondynka cholernie mu przypominała pewną osobę, o której starał się zapomnieć. Nawet nie znał imienia tej kobiety z jego przeszłości, ale pamiętał jak umierała na jego oczach. Pamiętał te jej duże czerwone oczy i uśmiech na ustach, gdy ginęła w jego ramionach.
 -Siedzisz taki zamyślony od jakiejś godziny i nawet nie zauważyłeś, że wstałam.- zaśmiała się cicho blondynka i usiadła na łóżku. Zachwiała się lekko, ale udało jej się zachować równowagę.- Więc jak ci na imię, smoku?
   Peter skrzywił się. Skąd ona wiedziała, że jest smokiem?!
 -Peter...- wydukał zaskoczony patrząc w te piękne, mądre oczy. Tak... Zupełnie jak tamtej kobiety.
 -Jestem Alice Heartbreaker.- powiedziała dziewczyna z uśmiechem i pochyliła się lekko do przodu jakby miała zamiar zwymiotować. Jej skóra stała się jeszcze bledsza, a policzki jej się zapadły. W jej oczach po raz pierwszy widział strach.
 -Co się dzieje?- jęknął przerażony chłopak i klęknął przed nią chwytając ją za ramię. Znał te oczy aż za dobrze. To były te oczy, które prześladowały go w snach i nie opuszczały go na krok. Nagle Alice spojrzała na niego i nie dało się odczytać niczego z  tego bezdennego jeziora krwi. Blondynka uniosła dłoń i położyła mu ją na policzku ze smutnym uśmiechem.
 -Te oczy będzie kiedyś znał każdy. To są oczy bohatera. Nie zapominaj o tym i walcz o wolność innych, smoku.- powiedziała, a jej oczy powoli wypełniały się czułością.
   Znał te słowa. Pamiętał każde z nich na pamięć i słyszał je w swojej głowie każdej nocy. To były słowa, które wypowiedziała do niego tamta kobieta w dniu śmierci. Peter odskoczył od niej jak poparzony uderzając przy tym plecami o ścianę.
 -Skąd ty...
 -... znasz te słowa?- dokończyła za niego Alice z chytrym uśmieszkiem i wstała z łóżka. Jednym zwinnym ruchem zerwała z siebie biały podkoszulek ukazując swój nagi brzuch. Delikatnie przejechała po nim palcami zdejmując z niego niewidzialną powłokę i w tej chwili jego oczom ukazał się biała podłużna blizna przecinająca jej pępek.- Wypowiedziałam je kiedyś do pewnego chłopaka o pięknych, fioletowych oczach.
 -Nie wierzę.- wyszeptał chłopak, a jego źrenice się rozszerzyły. Patrzył na bliznę z niedowierzaniem i przerażeniem.- W moich ramionach umierała kobieta, a nie mała dziewczynka!- warknął chłopak patrząc w jej oczy spode łba. Blondynka uśmiechnęła się i podeszła do niego z wyciągniętą dłonią. Jej delikatne palce dotknęły jego czoła i w tym momencie jego głowę zalała fala obrazów.
   On chowający się za kolumną sparaliżowany strachem i patrzący na małe dziecko, może dziesięcioletnie, na które rzuciło się stado wilkołaków. On przyglądający się jak blondynka urywa po kolei głowy swoim wrogom i odrywa od ciała ich kończyny. On upadający na kola, gdy ciało dziewczynki przeszyła czarna włócznia. On trzymający w ramionach umierającą blondynkę, jej uśmiech, jej czerwone oczy i słowa, które mu wtedy powiedziała.
 -Przestań!- warknął chłopak odsuwając się od niej gwałtownie. Alice patrzyła na niego zaskoczona i przestraszona. Wtedy jego wściekłość sięgnęła zenitu. Zacisnął dłonie w pięści, a jego usta utworzyły wąską linię.- A teraz mów mi kim tak naprawdę jesteś!
 -No dobrze.- westchnęła zrezygnowana i z powrotem opadła na łóżko.- Jestem córką Hadesa i Eris, którym udało się uciec w trakcie wojny między "bogami Olimpu" i ludźmi. Jednak dziesięć lat temu zostali odnalezieni przez Stowarzyszenie Stalowych Łez i zamordowani na moich oczach. Udało mi się uciec i trafiłam do rodziny zastępczej, która od dawna była wroga Stowarzyszeniu i oni nadali mi nowe imię i użyczyli mi swojego nazwiska. Nazywam się Mia i jestem ostatnim Smokiem Ciemności.
   Wypowiadała te słowa z taką łatwością jakby to była tylko bajeczka dla dzieci. Uwierzyłby, że to, co mówi nie ma dla niej żadnego znaczenia, gdyby nie to, że widział smutek w jej oczach. Dosłownie czuł jak cierpi, ale nie powiedział ani słowa. Wiedział, że w takich sytuacjach słowa pocieszenia mogą tylko pogorszyć sprawę.
 -Dzień przed tym jak widzieliśmy się po raz pierwszy straciłem pamięć.- zaczął chłopak wiedząc, że musi jej opowiedzieć swoją historię, żeby w pełni mu zaufała.- Nie pamiętam nic z tego, co działo się przedtem, ale obudziłem się w pokoju pełnym krwi. To było straszne. Obudzić się w takim miejscu i na dodatek niczego nie pamiętać.- zaśmiał się smutno chłopak i przejechał dłonią po swoich czarnych włosach.- Niedługo po twojej... "śmierci" spotkałem Rafaela i on zaprowadził mnie do Selene. To ona mi powiedziała, że jestem ostatnim Smokiem Światła i to ona się mną zaopiekowała. Jednak zawsze cię szukałem z nadzieją, że jednak żyjesz. Głupie, prawda?- prychnął chłopak podkulając jedno kolano i opierając na nim rękę.
   Mia wstała nagle z łóżka i usiadła przed nim na podłodze zarzucając mu ręce na szyję. Peter objął ją delikatnie zaskoczony jej zachowaniem.
 -Przykro mi z powodu twojej utraty pamięci, ale znam kogoś kto może ci pokazać twoje wspomnienia, ale jest jeden problem...- powiedziała blondynka odsuwając się od niego i uważnie patrząc w jego oczy.- Tam, gdzie musielibyśmy się wybrać nie poradzilibyśmy sobie we dwójkę, więc musielibyśmy wziąć ze sobą jakąś pomoc. Poza tym to miejsce jest bardziej niebezpieczne niż możesz sobie wyobrazić. Wiele osób już tam zginęło i wiele osób zostało tam torturowanych.
 -Co to za miejsce?- zapytał Peter. Jeżeli mógł odzyskać swoje wspomnienia to mógł pójść wszędzie.
   Mia spojrzała na niego uważnie. Czuł jak jej oczy przewiercają go na wylot. W końcu na jej twarzy pojawił się tajemniczy uśmiech, a jej oczy wypełniły się dzikim podnieceniem.
 -Dolina Potępionych...

piątek, 26 lipca 2013

Rozdział XII- Złamane serce

   Alice siedziała skulona w kącie pokoju, który został jej przydzielony przez Selene. Nie miała siły nigdzie wychodzić i nie miała ochoty świętować tego, że Luke i Eveline byli parą. Luke... Czyżby go... kochała? Ostatnie słowo odbiło się echem w jej głowie i sprawiło, że jej serce rozpadło się na milion kawałeczków jak potłuczone lustro. Wtedy do pokoju weszła Isabella. Jej błękitne oczy jak zawsze nie zdradzały żadnych emocji, a różowe włosy były związane w wysoki kucyk.
 -Wiedziałam, że tak będzie i za wszelką cenę próbowałam was trzymać z dala od siebie, ale nie udało mi się.- powiedziała Blice, a gdy Alice się do niej nie odwracała podeszła do niej i siadając za nią objęła ją w ramionach. Zaskoczona blondynka wzdrygnęła się czując na sobie jej dotyk.- Przy mnie możesz płakać.
   Po tych słowach Alice wybuchła cichym płaczek i dała upust wszelkim emocjom.

~*~

   Zapach gnomiego łajna mieszał się ze skrzacim potem przyprawiając go o mdłości i zawroty głowy. Kolejna brudna robota na rozkaz Selene, którą oczywiście wykonać tylko on. Następnym razem to Temida będzie musiała ruszyć swój lwi tyłek i ruszyć do tych zapyziałych jaskiń! Całe szczęście zakończył już swoją misję i razem ze swoim przyjacielem opuszczali to przeklęte miejsce. Rafael syczał co chwila, gdy jego noga wpadała w szczątki istot magicznych, a chłopak odwracał się wtedy w jego stronę i wzdychał z dezaprobatą. Kotołak podążał za nim i mimo swojego wielkiego ciała udało mi się jakoś przeskakiwać nad większością truchła. Jego czarne futro poruszało się przy tym od pracy mięśni, a tylne łapy z łatwością otrzymywały ciężar całego ciała. Co chwila jego czarne uszy poruszały się niepewnie w gęstej czuprynie ciemnych włosów, a puszysty ogon machał się to na lewo, to na prawo tak samo jak jego koci pysk.
 -Fuj!- jęknął dziś po raz setny Rafael i prawie stracił równowagę, gdy jego prawa łapa wbiła się w ogromne serce ogra.- One nas tu wysłały specjalnie, żebyśmy nie byli obecni podczas przybycia Wojowników Nocy!
 -Wiem, wiem.- mruknął zrezygnowany chłopak i przejechał dłonią po czarnych włosach. Kotołak podbiegł do niego i chwilę później stali u wyjścia jaskini. Rafael był od niego wyższy o głowę, ale gdy przybrał bardziej ludzką postać stali się sobie równi. Czarno-włosy wziął głęboki oddech i przejechał wzrokiem po oczach Rafaela, jedno oko było koloru brązowego, a drugie dosłownie świeciło błękitem.
 -Peter... Musimy się teleportować.- szepnął kotołak uciekając wzrokiem od chłodnych, fioletowych oczu przyjaciela.
 -Wolę pegazy.- zaśmiał się ponuro chłopak i spojrzał w niebo, na którym jak na zawołanie pojawił się potężny rumak czarny niczym noc o pięknych, czerwonych oczach i na swoich ogromnych skrzydłach spłynął z gracją do swojego pana. Peter pogładził z uśmiechem jego piękną szyję i spojrzał mu głęboko w oczy. Koń jednak patrzył tylko nienawistnie w stronę skulonego Rafaela.- Spokojnie, Night.
 -Nie! Dzisiaj nie wsiądę na tą bestię!- ryknął wściekły kotołak, a jego oczy płonęły nienawiścią.- Dzisiaj się teleportujemy i to nie podlega żadnej dyskusji!
   Peter spojrzał na niego zaskoczony i nawet koń patrzył na niego ze zdziwieniem w oczach. Wtedy fioletowo-oki spojrzał na rumaka i skinieniem głowy kazał mu odlecieć.
 -Daj mi rękę.- powiedział Rafael, gdy czarne stworzenie zniknęło z jego pola widzenia i wyciągnął w stronę chłopaka prawą dłoń. Peter skrzywił się niechętnie, ale w końcu podał mu prawą dłoń.
   Nienawidził się teleportować. Jednak zanim dokończył tę myśl poczuł mocne szarpnięcie w żebrach i obraz zamazał mu się przed oczami. Pozwolił, żeby powieki mu opadły, a gdy w końcu ból w żebrach minął otworzył oczy i puścił dłoń przyjaciela. Tego, co zobaczył się nie spodziewał. Byli w jego pokoju, ale nie byli tu sami. Na łóżku, które od dawna stało tam puste siedziała skulona, drobna postać o jasnych włosach do połowy łopatek i ładnych nogach. Nagle odwróciła się w ich stronę i Peter mógł dostrzec jej piękną twarz i duże, czerwone oczy, które patrzyły na niego z mądrością i zdziwieniem za razem. Jej twarz w jednej chwili stała się biała, a w jej prawej dłoni pojawiła się kula złotego ognia. Dziewczyna poderwała się z łóżka i stanęła w pozycji obronnej.
 -Kim jesteście?!- warknęła w ich stronę patrząc to na Rafaela to na Petera, a jej oczach nie widać było ani cienia strachu tylko czyste zdziwienie i pewność siebie.
 -Nazywam się Rafael, a to jest Peter. Jesteśmy... - tu się zawahał szukając odpowiedniego słowa, ale Peter go ubiegł.
 -Jesteśmy jej przyjaciółmi i żołnierzami.- powiedział fioletowo-oki spojrzał na nią z powagą. Blondynka ani drgnęła. Naprawdę była drobnej budowy, ale figurę to miała nieziemską.- A ty kim jesteś, dzieciaku?
 -Jak mnie nazwałeś?!- ryknęła wściekła czerwono-oka i do nosów przybyłych doszedł zapach spalanych ubrań. W jednej chwili na plecach dziewczyny wyrosły potężne ogniste skrzydła, a ona sama stanęła w płomieniach.
 -No to już po nas...- wyszeptał Rafael w stronę fioletowookiego.- Nie dość, że ona nas nieźle urządzi to jeszcze Selene nam skopie cztery litery za złe traktowanie gości.
   W jednej chwili Alice chwyciła się za głowę i z jękiem bólu upadła na kolana. Płomienie gasły, a skrzydła chowały się w jej plecach z nieprzyjemnym sykiem. Rafael i Peter spojrzeli na nią tępo nie rozumiejąc co tu zaszło i podbiegli do wijącej się z bólu dziewczyny.
 -Co ci się stało?!- jęknął przerażony Rafael i uniósł głowę blondynki, która jakby ocknęła się z amoku i spojrzał na nich ze smutnym uśmiechem.
 -To Ian... Wie, że nie potrafię jeszcze kontrolować moich mocy, więc wykorzystał jedyny sposób, żeby mnie powstrzymać od zabicia was.- zaśmiała się słabo Alice i spojrzała w oczy kotołaka. Uniosła prawą dłoń i dotknęła jego policzka.- Cóż za cudne oczy. Zupełnie jakby przedstawiały twoje wewnętrzne rozdarcie. Wiem, że jesteś niepewny samego siebie, Rafaelu.- wyszeptała dziewczyna i uśmiechnęła się słabo opuszczając dłoń.
   Kotołak słyszał już kiedyś te słowa. Wypowiedziała je do niego Selene, gdy po raz pierwszy się spotkali. Kim, do diaska była ta dziewczyna?! Już miał się o to zapytać, gdy zauważył, że jej powieki się zamknęły, a bicie serca przestało pędzić jak szalone. Przez chwilę bał się, że przestało bić, ale ono nadal uderzało rytmicznie w klatce piersiowej dziewczyny.
 -Zanieśmy ją do Selene.- powiedział Rafael unosząc dziewczęce ciało w swoich mocnych, kocich łapach i posłał niecierpliwe spojrzenie Peterowi, który nagle jakby skamieniał.
 -Ona... Przez chwilę myślałem...
 -Wiem.- przerwał mu kotołak i pochwycił jego zdezorientowane spojrzenie.- To nie ona, Peter. Nie daj się oszukać swojemu umysłowi.

czwartek, 25 lipca 2013

Rozdział XI- Pod trójzębem Posejdona

   Andrew spojrzał na zawiniątko w rękach Alice i skrzywił się lekko. Blondynka rozwinęła kartkę i zaskoczona pokazała im to, co było w jej wnętrzu.
 -Toć to mapa!- krzyknął zdziwiony Ian i spojrzał jeszcze raz na kartkę. Widniała na niej zaznaczona czerwonym kolorem ścieżka, która prowadziła przez las do jakichś ruin.
 -Robi się coraz dziwniej.- westchnęła zrezygnowana Claudia i dwoma palcami potarła nasadę nosa. 
   Alice uśmiechnęła się tylko pocieszająco i ruszyła drogą ukazaną na mapie. Nie była to zbyt przyjemna podróż, bo prowadziła przez miliony ostrych i gęstych zarośli, których dziewczyny po prostu nie znosiły. Co chwila Caroline się zatrzymywała, by za pomocą swojej mocy pomóc im się przedostać przez ten las lub, jak to mówił Cole, "dżunglę bez Tarzana". 
 -Powinny tu być te ruiny...- mruknęła zamyślona Alice i podniosła twarz znad mapy. Ku jej zaskoczeniu przed nią rozciągały się ogromne, kamienne pozostałości miasta. Na jego murach dostrzegała resztki kamiennych figur i rzeźb.- Musimy szukać placu z fontanną. Pod nią jest przejście do podziemnego świata, ale jest tu pewne ostrzeżenie: "Żyją tam istoty, o których  istnieniu nawet nie śniliście."
 -Co to ma znaczyć? Spotkamy rodzinkę Cullenów ze "Zmierzchu", czy jak?!- warknął zirytowany Michael i zapalił papierosa.
 -Nie pal!- syknęła Dominica i wyrwała mu dymiący przedmiot z ust rzucając go na ziemię i przydeptując. Mchael westchnął tylko i spojrzał na budynki między którymi się przemieszczali.
 -Strasznie tu...- stwierdziła Eveline kuląc ramiona i patrząc na rozgwieżdżone niebo.- I na dodatek ciemno...
   Jak na zawołanie w prawej dłoni Alice zapłonął złoty ogień, który oświetlił im drogę i wytwarzał przyjemne ciepło, które owinęło ciała jej przyjaciół.
 -No i mamy fontannę.- zaśmiał się Luke i podszedł do zamyślonej Alice. Stali na dużym placu, na środku którego stał duży zbiornik z wodą z piękną figurą Posejdona. Grecki bóg trzymał w prawej ręce trójząb, którego ostrza wskazywały na niewidoczny w świetle dnia właz. Alice wzięła głęboki wdech i jeszcze raz spojrzała na mapę, ale nie było już na niej rysunków. Zastąpiły je złote litery układające się w tekst przeznaczony tylko dla czerwonych oczu dziewczyny.- "Okaż im swoje skrzydła, a zostaniecie wpuszczeni."- wyszeptała Alice sama do siebie i wtedy kartka zajęła się ogniem i spłonęła w jej dłoni. Blondynka spojrzała na chłopaków, którzy właśnie otworzyli właz i patrzyli na nią wyczekująco.- No to idziemy!
   Po tych słowach Alice wskoczyła do szybu i zwinnie zsunęła się po długiej drabinie.
 -Czekajcie na mój znak!- krzyknęła do przyjaciół i schodziła w dół bezdennej otchłani. Szła tak dobre dziesięć minut i gdy przerażona stwierdziła, że nie ma sił na dalszą wędrówkę jej stopy dotknęły twardego podłoża, a ona odetchnęła z ulgą. Z jej dłoni wystrzelił czerwony płomień i poszybował w górę.
   Nie musiała długo czekać na przybycie reszty grupy i gdy wszyscy byli w komplecie ruszyli przed siebie krętym korytarzem. Słyszeli przed sobą masę krzyków, jęków i śmiechów, a po chwili ich oczom ukazało się ogromne miasto zbudowane z kamienia i złota. Alice zaparło dech w piersiach. Wysokie budynki wznosiły się aż pod sklepienie wielkiej jaskini, a po ulicach chodziły gargulce, gnomy, chochliki, skrzaty i inne istoty z bajek. W tłumie widać było istoty, które na pierwszy rzut oka wydawały się ludźmi, ale po bliższym przyjrzeniu się dostrzec można było ich ostre kły, wielkie szpony i wilcze uszy wystające z g ęstych czupryn. Żadne z nich ich jeszcze nie zauważyło oprócz jednej istoty, która z furią w oczach pędziła w ich kierunku.
   Była to lwica o długiej grzywie i kobiecej sylwetce. Miała duże, czarne oczy, a jej białe kły błyskały co chwila w ich kierunku wściekle. Biała koszula na ramiączkach i krótkie, czarne spodenki o dziwo wyglądały na niej świetnie, a jej kobiece dłonie pokrywała sierść, a od wewnętrznej strony widniały lwie opuszki.
 -Kim jesteście?!- ryknęła wściekle lwica i wysunęła w ich stronę długie, czarne szpony. Jej czarne oczy przebiegły szybko po całej grupie, a gdy zatrzymały się na czerwonych oczach Alice, która wystąpiła przed szereg uśmiechnęła się z pogardą.- Myślisz, że te soczewki ci coś dadzą, głupi człowieku?- prychnęła lwica.
 -Przykro mi, że cię rozczaruję, ale to nie są soczewki.- powiedziała blondynka i z zawadiackim uśmiechem zdjęła swoją bluzę, pod którą miała bluzkę na ramiączkach z odsłoniętymi plecami. Nie tracąc uśmiechu z twarzy spojrzała lwicy w oczy i wtedy z jej łopatek wyrosły ogromne, płonące skrzydła. Kobieta cofnęła się od niej i opuściła dłoń. Szczęka jej opadła, a oczach miała niedowierzanie. Życie w mieście nagle ustało i wszyscy spojrzeli w ich kierunku.
 -Zaprowadzę was do królowej...- mruknęła nadal osłupiała i odwracając się na pięcie szła w stronę największego budynku w mieście. Alice i jej towarzysze ruszyli ulicami miasta nie zwracając uwagi na spojrzenia innych istot. Blondynka schowała swoje skrzydła i patrzyła uważnie na plecy lwicy. Kim była ta królowa, do której ich prowadziła?
   Dojście na miejsce nie zajęło im dużo czasu. Po chwili stali przed potężnym, złotym budynkiem o wielkich drzwiach, które kobieta otworzyła z łatwością i wpuściła ich do pięknego ogrodu pełnego kolorowych kwiatów i drobnych zwierząt. Po środku ogrodu stała pięknie zdobiona drewniana ławka przy której stała smukła kobieta. Alice od razu poznała tą sylwetkę i jej piękne, białe włosy opadające falami na plecy. Kobieta odwróciła się w ich stronę i spojrzała w ich stronę swoimi błękitnymi oczami. Poprawiła swoją długą, białą suknię i uśmiechnęła się do nich.
 -Pokłońcie się przed Selene!- warknęła wściekle lwica, ale kobieta uciszyła się gestem dłoni.
 -Spokojnie, Temido.- powiedziała miękkim głosem Selene i uśmiechnęła się ciepło.- Przyjaciele nie muszą przede mną klękać.- po tych słowach odwróciła się w stronę Alice i podeszła do niej płynnym krokiem. Chwyciła ją za dłonie i spojrzała jej głęboko w oczy.- Dziękuję, że mi zaufałaś. Teraz mogę wam wyjaśnić czemu was tutaj wezwałam.
 -Selene... Czy jesteś pewna, że możemy im ufać?- wymruczała Temida i spojrzała niepewnie na trzynastkę zupełnie obcych im ludzi.
 -Tak, Temido, jestem pewna. To, że są ludźmi nie znaczy, że są tacy jak grecy.- zaśmiała się biało-włosa, a jej śmiech rozbrzmiał w ogrodzie jak milion dzwoneczków.
 -A więc to prawda? Jesteście boginiami?- jęknął zaskoczony Ian, a jego błękitne oczy patrzyły to na Temidę to na Selene. Temida wybuchła szczerym śmiechem, a Selene zachichotała cicho.
 -Nie, nie jesteśmy boginiami chociaż mamy całkiem sporo mocy.- powiedziała Temida z szerokim uśmiechem. Kosmyki grzywy opadły jej miękko na lwie czoło dodając jej uroku.- To Grecy, Rzymianie i Egipcjanie postrzegali nas jako bogów, a tak naprawdę to jesteśmy tylko smokami w ciałach ludzi. Zaskoczony?
 -Trochę...- powiedział Ian i pochwycił wzrok Selene. Uśmiechnęła się do niego miło jak to miała w zwyczaju i wróciła do swojej przemowy.
 -Wezwałam was tutaj z powodu wojny, która ma się niedługo rozpocząć i chciałam was na ten czas tutaj uchronić. Niejaki Jacob White zdobył kamień, ale nie może go użyć, bo jest Hybrydą kotołaka i człowieka. Dlatego wykorzystał wasi chciał was użyć jako broni w wojnie ludzi z moim światem. Gdy chciałam was o tym poinformować w postaci ducha zauważyłam, że Alice podsłuchała jego rozmowę, więc wszystko przekazałam jej. Wiedziałam, że to ona jest waszą liderką. W końcu sama ją na nią wybrałam.- zachichotała Selene, a jej błękitne oczy były przepełnione dumą.- Tak więc zostaniecie tu dopóki wojna się nie skończy, a później...
 -Nie!- przerwała jej Alice i zacisnęła dłonie w pięści. Znowu ma się przyglądać wszystkiemu? Znowu ma uciekać i dać się pokonać?!- Weźmiemy udział w wojnie!
   Cień przerażenia przelał się po twarzach reszty drużyny, ale w końcu każde z nich przybrało dumną i pewną postawę i spojrzało bez obaw w błękitne oczy królowej, której oczy się zeszkliły, a po policzku spłynęła jej pojedyncza łza.
 -Wyglądacie jak dumni bogowie Olimpu, gdy ludzie wypowiedzieli im wojnę, która nie została zapisana na kartach historii, ale pamiętają ją skały splamione krwią smoków i ludzi.- wyszeptała Selene ledwo powstrzymując łzy, które spływały po jej pięknej twarzy.- Do dzisiaj pamiętam twarz Zeusa, który kazał uciekać mi i Temidzie, po czym sam poległ na polu bitwy. Wtedy straciłam prawie całą swoją moc chcąc schować ich dusze i ciała w kamieniu, by mogli tam odzyskać siły i by mogli kiedyś wrócić do życia. Niestety kamień mi skradziono, ale ich dusze i ciała nadal tam tkwią.- powiedziała kobieta uśmiechając się smutno.- Skradziono mi go w czasach, gdy podążałam za Chrystusem i przyjęłam jego wiarę. Wiele razy próbowałam kamień odzyskać, ale za każdym razem gubiłam jego trop. Dobrze! Możecie wziąć udział w bitwie o wolność Dzieci Księżyca, ale musicie mi obiecać, że nie dacie się zabić!

środa, 24 lipca 2013

Rozdział X- Ucieczka

   Od teraz moje rozdziały będą trochę dłuższe. ;3 Rozdział z dedykacją dla Izy i jej młodszej siostry- Małgosi. <3

~*~

   Alice otworzyła powoli oczy i spojrzała na biały sufit jasnego pomieszczenia. Gdzie ona była? Co się stało? Dlaczego wszystko ją bolało?
   Nagle fala wspomnień zalała jej głowę i wywołała w niej kompletną burzę. Miliony obrazów przepłynęły przed jej oczami- przepalona koszula nocna, pożądanie w oczach Jacoba i strach w oczach przyjaciół, ale jedno ze wspomnień wywołało rumieńce na jej twarzy i sprawiło, że przyjemne ciepło rozeszło się po całym jej ciele od serca aż po same koniuszki palców. Przypomniała sobie jak Luke ją obejmował i znowu poczuła ten słodki, imbirowy zapach jego skóry oraz zaskakujące ciepło jego ciała.
   Dziewczyna wstała niechętnie z łóżka i z przestrachem przejechała dłonią po delikatnej skórze na jej plecach chcąc się upewnić, że skrzydła zniknęły, by po chwili wyjść z pokoju i pewnym krokiem ruszyć przez długi korytarz w stronę laboratorium. Zatrzymała się przy dużych, białych drzwiach i wyciągnęła dłoń w ich stronę, lecz przed popchnięciem ich powstrzymały ją głosy dochodzące ze środka. Słyszała głos Jacoba, ale on nie był tam sam. Alice wyraźnie słyszała stukot obcasów i znajomy, kobiecy głos.
   Heartbreaker stwierdziła, że to trochę podejrzane i postanowiła dowiedzieć się jak najwięcej na temat tej rozmowy. Alice schowała się bardziej w cieniu i kucając przyłożyła policzek do chłodnej, gładkiej powierzchni drzwi nasłuchując uważnie. Wiedziała, że to nie jest zwykła rozmowa i nie musiała długo czekać na potwierdzenie swoich podejrzeń.
 -Jacob, dość tych żartów! Jak ich przekonałeś do tego, żeby ci pomogli?- syknęła kobieta, a jej jadowity głos uderzył blondynkę z taką siłą, że miała ochotę uciec stamtąd jak najszybciej. To była ta brązowo-włosa nauczycielka z jej nowej szkoły, której tak bardzo nienawidziła. Dźwięk jej obcasów rozpoznała by wszędzie!
 -Opowiedziałem im bajeczkę o szalonym naukowcu, który zdobył odłamek kamienia Selene i o tym, że wojsko ich potrzebuje.- zachichotał mężczyzna. Niech go szlag! Wiedziała, że nie można mu ufać. 
   Alice usłyszała jak White wstaje ze swojego fotela i przechadza się niebezpiecznie blisko drzwi i wstrzymała oddech nie chcąc wydać żadnego dźwięku. Jej serce biło jak szalone. Czuła jak zimne dreszcze rozchodzą się falami po jej ciele i czas na chwilę się dla niej zatrzymał, by znowu ruszyć wraz z krokami oddalającego się naukowca. Alice cicho wypuściła powietrze z płuc i na nowo skupiła się na rozmowie tej dwójki.
 -I oni w to uwierzyli?- prychnęła z pożałowaniem kobieta i wybuchła ironicznym, ostrym jak brzytwa śmiechem, który tak samo jak jej głos był przepełniony nienawistnym jadem. Alice spodziewała się jak musi wyglądać teraz jej twarz i skrzywiła się na samą myśl o tym.
 -Nie mieli wyboru. Nasz szef przez te parę lat zdobył zaufanie Alex, a ona nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że to on zamordował jej rodziców.- zaśmiał się ponuro White. Alice nie mogła już dłużej tego słuchać. Poderwała się z podłogi i na miękkich nogach szła szybkim krokiem przez korytarz. Nagle zza rogu wyszła szczupła, biała postać, która na pierwszy rzut oka wydawała się duchem i rzeczywiście nim była! Smukła kobieta spojrzała w czerwone oczy Alice, a regularne rysy jej twarzy stawały się coraz wyraźniejsze. Na jej różanych ustach zagościł uśmiech i po chwili jej wargi się rozwarły, a z jej gardła wydobył się czysty, miękki dźwięk:
 -Zabierz stąd przyjaciół i co sił w nogach biegnijcie do pobliskiego lasu.- powiedziała kobieta, a w jej pięknych, błękitnych oczach pojawił się cień bólu. Po tych słowach jej postać rozpłynęła się w powietrzu pozostawiając po sobie tylko lekką poświatę, a Alice prowadzona bezgranicznym zaufaniem wbiegła do roześmianego pokoju, w którym Caroline chwaliła się swoją zdolnością do władania nad żywiołem ziemi, a Dominika z uśmiechem pokazywała sztuczki ze zmianą koloru powietrza. Wszyscy jednak umilkli na widok przerażonej twarzy Alice i pokój pogrążył się w grobowej ciszy oczekując pierwszych słów swojej liderki, ale nie spodziewali się, że będzie to dla nich taki szok.
 -Zmywamy się stąd.- rzuciła tylko Alice i zaczęła pakować do plecaka najpotrzebniejsze rzeczy.Grupa nastolatków patrzyła na nią w osłupieniu. Caroline i Eveline już chciały się pakować, gdy nagle Alice zagrodziła im drogę. W jej oczach widać było cień pogardy, a jej rubinowe usta wykrzywiły się w ironicznym uśmiechu.
 -Jak się robi gorąco to chcesz uciekać, tak?!- ryknęła wściekła Alex, a jej brązowe oczy przepełniały już tylko ból i rozczarowanie.- Czy może masz inny powód do ucieczki?!
    Alice z westchnieniem opowiedziała przyjaciołom o podsłuchanej niedawno rozmowie i o poleceniu widmowej kobiety. Po twarzach jej towarzyszy przebiegł grymas przerażenia, a Alex cicho łkała.
 -Ufałam mu...- jęknęła brązowo-włosa nie mogąc pojąć czemu szef SSŁ tak ją oszukał.
 -Wiem.- szepnęła Alice ze współczuciem i zarzuciła niewielki plecak na ramię. Po raz ostatni spojrzała na ekran swojego telefonu i ze wściekłością cisnęła nim o ziemię.- W ten sposób nas nie namierzą.- mruknęła blondynka widząc, że reszta grupy patrzy na nią zaskoczona, ale po chwili i oni powtórzyli jej czyn. Po niecałych trzech minutach wszyscy skierowali się spakowani do wyjścia, ale Alex znowu zagrodziła im drogę. Na jej twarzy widniał łobuzerski uśmieszek, a w oczach tańczyły radosne iskierki.
 -Lepiej chodźmy tajnym przejściem, o którym wiem tylko ja...- powiedziała z szelmowskim uśmiechem. 
   Ruszyła w stronę dużych, czarnych drzwi, które pchnęła z lekkością i zamknęła za nimi na klucz, który wyrzuciła gdzieś na ziemię. Później podeszła do potężnej, drewnianej szafy i otworzyła ją po czym zniknęła w jej wnętrzu. No świetnie!, pomyślała Alice, Przejście do Narnii! Blondynka uśmiechnęła się na samą myśl o tym i weszła do szafy za Alex, ale zamiast w szafie pełnej starych płaszczy i futer znalazła się w niskim tunelu, w którym nawet ona musiała się pochylić do przodu. Chłopcy musieli się przemieszczać na czworaka, co wyglądało przekomicznie.Przeszli tak jakieś dwieście metrów i wszyscy znaleźli się w pięknej, obszernej jaskini o błyszczących stalaktytach i stalagmitach. Po prawej stronie płynął strumyk, a w pomieszczeniu panowała błękitna jasność, która każdego zauroczyłaby swym pięknem.
   Nie mieli jednak czasu na podziwianie. Za ich plecami, w tym ogromnym białym więzieniu, rozległ się alarm komunikujący o ich ucieczce tego się nie spodziewali. Spojrzeli na trzy kolejne korytarze jaskini i przenieśli swój wzrok na przerażoną Alex.
 -Ich psy.... One nas znajdą po zapachu! Nie mamy najmniejszych szans!- jęknęła przerażona i zakryła twarz dłońmi. W jaskini rozległ się cichy śmiech Dominiki, która zarzuciła swoimi fioletowymi włosami i z uśmiechem uniosła dłonie w górę.
 -Nie byłabym tego taka pewna...- wymamrotała i zamknęła oczy. Powietrze wokół niej zaczęło wibrować i na ciałach nastolatków zacisnęła się niewidzialna powłoka otaczająca całe ich ciała. Vellain opuściła ręce lekko dysząc, a po jej czole spłynęła pojedyncza kropelka potu.- Wytworzyłam wokół naszych ciał bariery maskujące nasz zapach.
 -Jesteś świetna.- zaśmiał się Michael i wziął zdyszaną Dominicę na ręce. Wszyscy ruszyli jednym z kolejnych tuneli, który na szczęście był już wyższy od poprzedniego, i skierowali się za Alex, która co chwila skręcała to w prawo to w lewo. Szli tak za nią dobre dwadzieścia minut i niektórzy powoli tracili cierpliwość, gdy nagle Alex stanęła i wdrapała się po wysokiej drabinie i otworzyła właz, po czym zniknęła.
 -Wchodźcie.- poleciła Alice oglądając się za siebie. Czuła na sobie czyjeś spojrzenie, ale nie widziała nikogo. Stała i czekała aż reszta wejdzie na górę po czym sama pospiesznie wdrapała się na górę i zatrzasnęła za sobą właz.
 -Co dalej, szefowo?- zaśmiał się Ian, a w jego błękitnych oczach widać było czystą, dziecięcą radość. Blondynka spojrzała za siebie i dojrzała białą poświatę za jednym z drzew.
 -Może zapytamy jej?- zachichotała Alice i ruszyła w kierunku kobiety, która odwzajemniła jej ciepły uśmiech. Heartbreaker pochyliła lekko głowę, a duch zrobił to samo. Wtedy kobieta wyciągnęła w jej stronę szczupłą, białą rękę ze zwiniętą w rulon kartką i z wyczekiwaniem patrzyła na Alice. Dziewczyna wyciągnęła swoje drobne dłonie w jej stronę i patrzyła jak kartka spada i delikatnie ląduje na jej dłoniach.- Dziękuję za...- Alice w tym momencie zamilkła, bo ku jej zdziwieniu kobieta znowu rozmyła się w powietrzy pozostawiając po sobie tylko jasną poświatę. Jednak teraz w głowie Alice krążyło tylko jedno pytanie: "Co to za kartka?"

poniedziałek, 22 lipca 2013

Rozdział IX- Przebudzenie

   Znowu nie mogła spać. Coś cały czas paliło ją w plecy jakby ktoś przykładał jej do łopatek rozżarzone węgielki. Musi o tym kogoś poinformować, ale czy ktokolwiek jej pomoże? Żadne leki nie pomogły, a zimny prysznic tylko pogarszał sprawę. Alice musiała coś szybko wymyślić, bo ten ból nie dawał jej spokoju. Może to tylko jej wyobraźnia, ale miała wrażenie, że coś wyrasta jej z łopatek i przepala materiał jej bluzki.
   Dość tego! Idę do Jacoba!, pomyślała dziewczyna i podniosła się z łóżka. Ledwo wstała, a jej koszula nocna upadła na ziemię zostawiając na jej ciele samą bieliznę. Co się stało? Czy to był jakiś głupi żart chłopaków.
   Blondynka poczuła jak coś delikatnie uderza o jej ramiona i daje przy tym delikatny, ciepły powiew. Spojrzała podejrzliwie za siebie i to, co dostrzegła zaparło jej dech w piersi. Czy już do końca zwariowała w tym przedziwnym ośrodku? Wyciągnęła dłoń w stronę dziwnego zjawiska i poczuła miękkie, puszyste pióra.
   To była prawda! Na jej plecach widniała para ogromnych, pierzastych skrzydeł o czerwono-pomarańczowych piórach. Gdyby tylko jej ojciec mógł to zobaczyć to padłby z zachwytu! Jude Heartbreaker, wielki artysta i marzyciel, który za życia wierzył w niezliczone magiczne istoty i był wielkim fanem książek oraz filmów fantasy.
 -Jacob!- krzyknęła Alice wybiegając z pokoju i budząc przy tym swoich przyjaciół, którzy na wpół przytomni dostrzegli tylko parę zapalających się skrzydeł. Heartbreaker biegła przez długi korytarz prowadzący do laboratorium White oglądając się co chwila i rzucając przerażone spojrzenie płonącym skrzydłom.- Jacob!
 -Czego się drzesz?- wymamrotał mężczyzna, gdy na wpółnaga dziewczyna wbiegła do laboratorium. Zaraz jednak przestał być taki markotny i uśmiechnął się studiując każdą najdrobniejszą część jej ciała. Jego wzrok zatrzymał się na chwilę w okolicach bioder po czym powędrował w kierunku jej piersi i tam się w końcu zatrzymał.  Głupi naukowiec! Tylko jedno mu w głowie! Nawet na skrzydła nie spojrzał, a one przecież płonęły żywym ogniem. Alice pokiwała tylko głową z dezaprobatą i odwróciła się do mężczyzny plecami.
 -O kur...- krzyknął, ale urwał wpół słowa i spojrzał uważnie na płomienie. Skrzydła miały rozpiętość ok. trzech, może czterech metrów, a ich pióra wyglądały na tak delikatnie, że Jacob bał się ich dotknąć. Płomienie jednak nie wyglądały już na takie delikatne i kruche. Swoim blaskiem i ciepłem pasowały by raczej Lucyferowi niż tej niewielkiej, szczupłej dziewczynce, która nie miała pojęcia o mocy, która w niej drzemie.- Masz w sobie niezwykłą moc, którą podarował ci sam Kamień Selene, ale czy to wystarczy, żeby ICH pokonać?
 -Nie wiem jak mam rozumieć twoje słowa, ale chcę wiedzieć jaką mam moc, żeby móc to lepiej kontrolować.- warknęła lekko zirytowana blondynka, a jej oczy zaczęły świecić. Znienacka do pokoju wbiegła reszta grupy i na widok Alice, w samej bieliźnie i z parą płonących skrzydeł na plecach po prostu zaniemówiła.
 -Co się stało? Jej moc się ujawniła?- krzyknęła przerażona Alex widząc krew spływającą z lewego oka Heartbreaker i zasłoniła usta dłońmi.- Czemu ona krwawi?! Co się z nią dzieje?! Alice, co ci jest?!
   Blondynka zdziwiona przejechała dłonią po policzku rozmazując przy tym stróżki czerwonej cieczy i spojrzała ze strachem na zabarwione krwią palce. Jej wzrok stał się pusty, a ona sama stanęła w płomieniach. O co w tym chodziło. Luke przyglądał się jej w przerażeniu i nagle sam stanął w płomieniach o pięknej, białej barwie lodu i puścił się pędem w stronę dziewczyny. Języki białego ognia przyjemnie szczypały jego policzki i pozostawiały na jego dłoniach odłamki lodu. Mimo, że były to płomienie to były lodowate.
   Sky zbliżył się do dziewczyny i objął ją natychmiast. Płomienie obojga zgasły i skrzydła Alice zniknęły, a w pomieszczeniu utworzyła się gęsta chmura pary wodnej. Blondynka spojrzała z przestrachem w błękitne oczy chłopaka i objęła go ze łzami w oczach.
 -Dziękuję...- wyszeptała i po chwili straciła przytomność.

piątek, 19 lipca 2013

Rozdział VIII- Woda, Lód i Cień

   -No więc jednak nas nie zabiją. Teraz wojsko nas wykorzysta jako broń!- burknęła jak zwykle niezadowolona Alex. Była zmęczona. Każda osoba, u której ujawniały się jej zdolności musiała odbywać codzienny, czterogodzinny trening, który pomagał wzmocnić jej moc.- Jeszcze te treningi... Myślałam, że padnę po pierwszej godzinie, ale dzięki temu kamieniowi mniej się męczę i mam lepszą kondycję.
 -Mam cię już serdecznie dość!- warknęła zirytowana ciągłym gadaniem Alex Claudia. Szatynka podniosła się z miejsca i stanęła naprzeciw brunetki. Dziewczyny popatrzyły na siebie przez pewną chwilę i nagle ciało Crow zaczęło świecić złotym blaskiem, a jej włosy unosiły się w powietrzu. Ku zaskoczeniu wszystkich Blossom stanęła w czarnych płomieniach, a jej włosy także zaczęły się unosić.- No dawaj, świetliku!
 -Pożałujesz tego!- krzyknęła Alex i wyciągnęła przed siebie prawą dłoń, z której wypłynął promień światła i w zawrotnym tempie skierował się w stronę Claudii. Dziewczyna jednak rozpłynęła się w powietrzu, a atak Alex zrobił tylko dziurę w ścianie. Brunetka pojawiła się za brązowo-oką i kopnęła ją w bok z półobrotu.
 -Dość!!!- krzyknęła nagle Eveline i z jej zaciśniętych pięści wytrysnął strumień wody, który oblał obie dziewczyny.- Jeszcze raz zaczniecie się kłócić to nie będę już taka miła!
   Luke wstał ze swojego miejsca z zaciśniętymi pięściami i ustami tworzącymi wąską linię. Jego błękitne oczy wydawały się jeszcze jaśniejsze, a wokół nich pojawiły się niewielkie kryształki lodu. Woda, która utworzyła ogromną kałużę na podłodze nagle zamarzła.
 -Głowa mnie boli. Moglibyście się wszyscy zamknąć?- syknął chłopak patrząc na skruszone twarze dwunastki przyjaciół. Jego wzrok zatrzymał się na oczarowanych oczach Alice, która nagle wstała i podeszła do niego chwytając jego dłonie. Te czerwone oczy sprawiły, że lód wokół jego oczu natychmiast stopniał.
 -To było piękne...- powiedziała z zachwytem blondynka.- Przed chwilą wyglądałeś jak Król Lodu. Jesteś... niesamowity!
   Sky oblał się lekkim rumieńcem i uciekł wzrokiem od tej niesamowitej istoty. Nie mógł dłużej patrzeć w te jej piękne oczy, bo czuł się jakby przepalały go na wskroś. Według niego to właśnie ona powinna być liderką. To właśnie dzięki tym oczom da radę zjednoczyć ludzi.
 -Alex, Claudia...- zwróciła się Heartbreaker w stronę przyjaciółek puszczając chłodne dłonie chłopaka.- Mam do was wielką prośbę... Możecie się nie kłócić? 
   Dziewczyny spojrzały na nią i po prostu nie mogły jej odmówić. Te oczy... Po prostu każda z nich czułya jak te oczy zaglądają w głąb jej duszy i palą wszystkie złe myśli na temat tej drugiej. Tak... Alice była niesamowita. 
 -Dobrze.- odpowiedziały jednocześnie i na znak jedności podały sobie dłonie. Wtedy blondynka zwróciła się do zawstydzonej swoim wybuchem agresji Eveline.
 -Jesteś niezwykła.- powiedziała czerwono-oka w stronę szatynki. Jej piwne oczy otworzyły się z zaskoczenia, a jej twarz oblała się rumieńcem.
 -D-D-Dziękuję...- wyjąkała Butterfly chowając twarz we włosach.
 -Jakie słodkie! Zawstydziłaś naszą Eveline.- pisnęła Isabella i cały pokój wybuchł gromkim śmiechem. Jednak zaraz czar prysł i wszyscy pogrążyli się w ponurych myślach.
 -Myślicie, że damy sobie radę?- mruknął Cole mocniej przyciągając do siebie Alex, która właśnie usiadła mu na kolana.- Przecież jesteśmy tylko trzynastką nastolatków, a założę się, że tamten naukowiec podarował moc jakimś psychopatom czy płatnym zabójcom.
 -Boisz się śmierci?- zaśmiał się smutno Michael, który właśnie palił kolejnego papierosa i jedną ręką obejmował Dominicę. Fioletowo-włosa spojrzała na niego z wyrzutem i szturchnęła go lekko łokciem.
 -Każdy boi się śmierci. Nawet ty, Michael.- powiedziała spokojnie Vellain rozglądając się po ponurych twarzach zebranych przyjaciół.- Trzeba wierzyć, że nam się uda. Ja wierzę, że sobie poradzimy!

czwartek, 18 lipca 2013

Rozdział VII- Moc światła i umysłu

   -I co teraz z nami będzie? Zabiją nas, gdy będziemy zbędni? Już teraz trzymają nas tutaj jak króliki doświadczalne. Na dodatek mamy wszyscy mieszkać w jednym pokoju i nosić jakieś dziwne ubrania. Czemu mam kurna nosić kombinezon?!- ryknęła wściekła Alex uderzając pięścią o duży stół stojący na środku jasnego pomieszczenia. W pokoju stało kilka pięknych, białych łóżek o miękkich, kremowych materacach i dużych, różanych poduszkach. Andrew bawił się swoją nową mocą i zmieniał się w osoby, które podsuwali mu chłopacy. 
 -Zamknij się, tłuściochu.- warknęła Claudia w stronę szatynki.
 -Deska!
 -Świnia!
 -Pusty łeb!
 -Menel spod biedronki!
 -Plastik spod latarni!
 -Dość!!!- krzyknęła Eveline przerywając tę niedorzeczną kłótnię.- Zawsze się kłócicie o takie pierdoły i irytujecie wszystkich wokoło! Nie możecie chociaż na chwilę się zamknąć?!
 -Te kłótnie są całkiem zabawne.- powiedziała Alice uśmiechając się uroczo. Cała grupa zamilkła wpatrując się ze zdziwieniem w szczęśliwą blondynkę.
 -Ta... Masz rację.- mruknął Farciarz zmieniając się w czerwono-oką, która wybuchła perlistym śmiechem. Wszyscy zaśmiali się razem z nią wypełniając pokój radością zagłuszającą krople deszczu uderzające o szybę. 
   W końcu odnalazła to, czego szukała. Znalazła szczęście i prawdziwych przyjaciół. Nareszcie mogła być sobą. Nawet Luke wydawał się bardziej rozmowny i częściej się uśmiechał. Wszyscy się zmienili odkąd Alice się pojawiła. Zbliżyli się do siebie jeszcze bardziej niż przedtem, co wydawało się mało prawdopodobne. Alex i Claudia coraz rzadziej się kłóciły, a coraz częściej normalnie rozmawiały.
 -Według mnie Alex będzie liderem. To ona zawsze nas do wszystkiego motywuje i to przecież dzięki niej tu jesteśmy.- powiedział Michael po chwili zastanowienia. Jego złote oczy uważnie przyglądały się Dominice jakby dalej nie mógł uwierzyć w to, że jest tu teraz z nim.
 -Wyrzuć tego peta jak do mnie mówisz.- powiedziała Alex i wyrwała brunetowi papierosa z ust otwierając okno i wyrzucając go.
 -A według mnie powinna to być Eveline.- szepnęła nieśmiało Alice bawiąc się swoimi blond lokami, które pokręciły się od wilgoci panującej wewnątrz pomieszczenia.- To ona zawsze się nami opiekuje i to ona zawsze myśli logicznie bez względu na sytuację...
 -Alice ma zajebiste cycki.- rozległ się głos Iana i wszyscy spojrzeli na chłopaka, a Heartbreaker przybrała kolor buraka. Chłopak jednak nawet nie poruszył ustami i patrzył na zebranych w zdziwieniu.- A tym o co, do cholery chodzi?! Przecież nic nie zrobiłem!- powiedział chłopak jednak jego usta znowu się nie poruszyły.
 -Kolejny obiekt ukazał swoje zdolności. Brawo!- krzyknął Jacob, który nagle pojawił się w pomieszczeniu. Z uśmiechem przeczesał dłonią swoje włosy i spojrzał na Blisana.- Numer trzeci otrzymał moc umysłu. Możesz porozumiewać się z innymi za pomocą myśli i także czytać w ich myślach, ale to nie wszystko. Możesz zmieniać cudze wspomnienia, usuwać ich pamięć, wmawiać im różne rzeczy i także kontrolować ich umysły, czyli także ciało. Możesz na przykład kazać komuś telepatycznie wykonać jakąś czynność, a jeśli dana osoba nie będzie umiała się przed tym obronić to niestety będziesz miał nad nią kontrolę.
 -Heh. To mi się podoba.- powiedział chłopak zakładając ręce za głową i kładąc się na jedno z łóżek.
 -Jest jeszcze coś o czym was nie poinformowałem, maluchy...
 -Tylko nie maluchy!- warknęła Alex, która skoczyła w stronę White'a z zaciśniętymi pięściami wokół których pojawiła się złota powłoka.
 -Hm... Moc światła. Możesz wykorzystać światło jako urządzenie oślepiające wroga, laser albo możesz się poruszać jako iskra. I zanim zapytasz, czy możesz latać to powiem ci, że możesz.- mruknął zirytowany Jacob obserwując radosną twarz Alex. - No więc mam wam coś do powiedzenia. Dostałem powiadomienie od rządu, że macie dwa wyjścia. Pierwsze- poddać się operacji usuwającej moc i drugie- zostać jednostką specjalną wojska.
 -Po co wojsku takie dziwaki jak my?- prychnął Andrew, który zdążył się zmienić w White'a i perfekcyjnie naśladował jego głos i zachowanie.
 -Te, Kameleon, nie podskakuj mi tu!- warknął Jacob grożąc chłopakowi palcem.- Wojsko was potrzebuje, bo jeden z wrogich nam naukowców odnalazł odłamek Kamienia Selene i stworzył sześcioosobową drużynę. Planuje właśnie zawładnąć światem. Wariat jakiś. No więc którą opcję wybieracie?

środa, 17 lipca 2013

Rozdział VI- "Nie bez powodu mówią na mnie Farciarz"

 -Alice Heartbreaker, numer 1... Alex Crow, numer 2... Ian Blisan, numer 3... Cole Smith, numer 4... Luke Sky, numer 5... Michael Roke, numer 6... Dominica Vellain, numer 7... Isabella Blice, numer 8... Eveline Butterfly, numer 9... David Biray, numer 10... Claudia Blossom, numer 11... Caroline Catraw, numer 12... Andrew Saber, numer 13... Tożsamość potwierdzona.- piszczała maszyna, gdy pojedyncze osoby po kolei przed nią stawały.
 -No więc najpierw mam obowiązek poinformować was o wszystkich szczegółach.- powiedział z niechęcią granatowo-włosy zdejmując okulary.- Niedawno znaleźliśmy niezwykły kamień, który każdej osobie daje inną moc. Między innymi umożliwia panowanie nad żywiołami, ale nie tylko. W starożytności został on stworzony przez grecką boginię Selene, która przemierzając nocne niebo na swoim srebrnym rydwanie upuściła kamień na ziemię. Oczywiście jest to tylko bajka. Prawdopodobnie kamień był poddawany jakimś dziwnym promieniowaniom przez tysiące lat. Dzięki energii jaką on wytwarza możemy wszczepić wam komórki "nadludzkie", które dadzą wam dodatkowe możliwości.
 -Czy to jest stuprocentowo bezpieczne?- zapytała zmartwiona Caroline bawiąc się końcówkami swoich zielonych włosów. W jej dużych oczach czaił się strach. Nie bała się jednak o siebie...
 -Tak. Żadne ze zwierząt przy tym nie ucierpiało.- powiedział znużony już Jacob. Nienawidził dzieci, ale tylko w dojrzewające jeszcze ciało dało się wszczepić te komórki nie zabijając obiektu. To było trudne.- Kamień sam wybierze sobie lidera grupy, który otrzyma dodatkową zdolność. Zyska możliwość przybrania postaci ognistego ptaka, czyli feniksa. Jednak nie musi to być ta osoba, która będzie władać ogniem. Może to być równie dobrze osoba, która będzie posługiwać się lodem. No ale dość tych pytań! Nie mamy czasu. Wchodzicie do tej kuli pojedynczo i ustawiacie się w linii prostej od drzwi. Może was trochę szczypać.
   Gromada nastolatków posłusznie weszła do ciemnego pomieszczenia i zamknęła za sobą potężne drzwi. W środku panowała kompletna cisza, a z powodu braku oświetlenia żadne z nich nie widziało twarzy swoich przyjaciół. W kuli rozległ się przerażający huk i porażająca jasność oślepiła ich na chwilę, by po chwili zobaczyli pojawiające się między nimi szklane ściany. W pomieszczeniu powoli rozprzestrzeniał się srebrny dym. Wszyscy spanikowali. Walili pięściami o szklane szyby chcąc się wydostać. Jedynie Luke i Alice stali spokojnie powoli tracąc przytomność od natłoku dymu. To prawda... Szczypało.
    Blondynka padła bezwładnie na ziemię patrząc jak jej przyjaciele jeden po drugim tracą siły i lądują na podłodze. Czuła jak dym powoli wpływa do jej płuc, żeby stopniowo wypełnić jej całe ciało. Nie czuła bólu. Jeżeli miała zginąć to taka śmierć jej odpowiadała chociaż mogła mieć na sobie coś ładniejszego niż skórzany kombinezon.
   Nie minęło jakieś pięć minut, gdy srebrny dym zniknął, a szklane ściany wsunęły się z powrotem w podłogę. Znowu zapanowała ciemność. O dziwo każdy odzyskał swoją siłę i każdy dał radę stać o własnych siłach. Jednak jednej osoby brakowało i zauważyli to dopiero na zewnątrz.
 -Gdzie Andrew?- jęknęła przerażona Catraw rozglądając się bezradnie po zebranych w pokoju.- Gdzie jest Andrew?!
 -Nie jęcz, kochanie.- głos chłopaka dochodził z okolic maszyny, ale nikt go nie widział. Wszyscy rozglądnęli się po pomieszczeniu z zaskoczeniem wymalowanym na zmęczonych twarzach.- Tu, na dole.- powiedział Saber i wszyscy spojrzeli pod swoje nogi. Jednak zamiast chłopaka dostrzegli sporego, złotego kota o oczach w kolorze sierści.- Tak, jestem kotem. Chyba to przez ten cholerny kamień.
 -Dość szybko ukazały się twoje moce. Otrzymałeś tak zwaną moc kameleona. Możesz przybrać postać każdego zwierzęcia, czy człowieka. Masz niezwykłe szczęście, że ta moc ujawniła się tak szybko.- powiedział Jacob z nieskrywanym podziwem. Kot spojrzał na niego i odsłonił swoje kły, co przypominało uśmiech.
 -Nie bez powodu mówią na mnie 'Farciarz'.

wtorek, 16 lipca 2013

Rozdział V- "Nazywam się Dominica Vellain"

   Kroki grupki nastolatków roznosiły się po korytarzu zagłuszając wszystkie inne dźwięki. Jasno oświetlony hol był niemiłosiernie długi i przerażająco pusty. Na ich czele szła Eveline Butterfly- wysoka, piękna dziewczyna o długich brązowych włosach i piwnych oczach. Obok niej szła drobna, szczupła dziewczyna o aksamitnych, czarnych włosach i niebieskich oczach, czyli Claudia Blossom. Zaraz za nią szła naburmuszona Alex, która z lekkim rumieńcem na twarzy trzymała dłoń Cole'a- wysokiego, przystojnego chłopaka o brązowych oczach i czarnych włosach. Obok nich szli objęci Caroline i Andrew, którzy szeptali o czymś pokazując co chwilę poszczególne części białych ścian. Za nimi szła Alice, Luke i David z Isabellą. Uśmiechnięte twarze dwójki zakochanych były takie urocze. Za nimi szli Michael i wysoki chłopak o błękitnych oczach i niebieskich włosach, Ian.
 -Witajcie w stacji badawczej Stowarzyszenia Stalowych Łez!- rozbrzmiał wysoki, kobiecy głos, który należał nie do kogo innego jak do dziewczyny Michaela, który puścił się pędem w jej stronę. Szczupła dziewczyna o długich, fioletowych włosach i oczach w tym samym kolorze uśmiechnęła się i objęła chłopaka z czułością. Nadal była na niego zła za to, że nie pozostawał jej wierny podczas jej pobytu w szpitalu, ale dawno mu już wybaczyła.- Jestem jedną z uczestniczek projektu i nazywam się Dominica Vellain. Tam jest wasza przebieralnia, gdzie znajdziecie szafki ze swoimi imionami, w których są specjalne stroje do eksperymentu.
  -Chwila, chwila... Mamy się przebierać przy tych zboczeńcach?- warknęła Claudia, której niebieskie oczy uważnie zmierzyły męską część gromady.
 -Niestety tak.- zaśmiała się uroczo dziewczyna poprawiając swoje fioletowe loki.
 -A tak w ogóle to jakim cudem wypuścili cię już tydzień po operacji?- spytała zdziwiona Alex opierając szczupłą dłoń na jednym z bioder.
 -To dzięki SSŁ. Ich nowoczesne środki przeciwbólowe i regeneracyjne działają cuda.- odpowiedziała z uśmiechem Blossom, a jej wzrok powędrował w stronę niskiej blondynki o czerwonych oczach.- My się chyba nie znamy.- zachichotała fioletowo-włosa i podeszła do Alice wyciągając w jej stronę zgrabną dłoń.
 -Nazywam się Alice Heartbreaker.- mruknęła blondynka i podejrzliwie uścisnęła dłoń dziewczyny. Claudia miała na sobie czarny, skórzany kombinezon, a na jej piersi widniała cyfra "7".
 -Hm... Numer jeden, co?- wyszeptała pod nosem dziewczyna i odwróciła się do reszty zebranych.- No wiec szybko idźcie do przebieralni!- krzyknęła z entuzjazmem wskazując duże, białe drzwi po swojej prawej stronie.
   Po kilku kłótniach między Claudią, a chłopakami wszyscy w końcu przebrali się w czarne skórzane kombinezony i powoli, zgodnie z liczbami na nich widniejącymi, weszli do pomieszczenia, na którego środku stała wielka, biała kula otoczona mnóstwem komputerów i dziwnych sprzętów. Przy urządzeniach siedział szczupły mężczyzna średniego wzrostu o granatowych włosach i dużych, brązowych oczach. Widząc grupkę nastolatków skinął lekko głową i polecił ustawić im się w szeregu zgodnie z liczbami widniejącymi na kombinezonach.
 -A czy do tego nie potrzeba zgody rodziców? Przecież niektórzy z nas nie są jeszcze pełnoletni.- mruknęła Alex z podejrzliwym uśmieszkiem. Stała tuż obok Alice, która miała cyfrę "1". Mężczyzna zmierzył ją surowym wzrokiem i westchnął ciężko.
 -Przecież wiesz, Alex, że wasi rodzice wyrazili na to zgodę.- warknął mężczyzna wstając z krzesła.
 -To chyba oczywiste. Przecież oni mają nas gdzieś.- powiedział Ian z pogardą. Jego błękitne oczy uważnie rozglądały się po pomieszczeniu szukając jakichś podejrzanych przedmiotów.
 -Nazywam się Jacob White i jestem głównym prowadzącym tego przedsięwzięcia.- powiedział granatowo-włosy ignorując stwierdzenie Iana.- Musicie teraz podejść do tego urządzenia, które potwierdzi wasze dane osobowe.- po tych słowach wskazał na wysokie, białe urządzenie z ekranem i niewielką kamerką.
   Alice potulnie wykonała polecenie i podeszła do maszyny, która automatycznie dostosowała się do jej wzrostu i ustawiła się w ten sposób, że mierzyła kamerką w czerwone oko dziewczyny.
 -Alice Heartbreaker, 17 lat. Obiekt numer jeden.- rozległ się skrzeczący dźwięk maszyny, na której ekranie wyświetliło się zdjęcie blondynki i wiele dokładnych wiadomości na jej temat.
 -Niesamowite...- szepnęła zafascynowana. Nigdy nie spotkała się z takimi rodzaju urządzeniami, więc nic dziwnego w tym, że tak ją to zainteresowało.
 -Rozpoznawanie głosu. Tożsamość potwierdzona.

niedziela, 14 lipca 2013

Rozdział IV- Stowarzyszenie Stalowych Łez

   Alex zmierzyła Hartbreaker ostrym wzrokiem i zaśmiała się cicho. Uśmiech dodawał jej coraz więcej uroku. Nic dziwnego, że była jedną z najpopularniejszych osób w szkole.
 -Stowarzyszenie Stalowych Łez to grupa naukowców, która zajmuje się modyfikowaniem ludzkich zdolności. Ostatnio opracowali sposób na wszczepienie ludziom zdolności do kontrolowania żywiołów. Dzisiaj skontaktował się ze mną ich szef i poprosił naszą grupę o to, żebyśmy wzięli udział w eksperymencie!- powiedziała Crow z iskrami w oczach. Jej podniecenie nie udzielało się jednak innym zebranym w pokoju. Jedynie Catraw cieszyła się z tego i obiecała pomóc.
 -Czy nie uważasz, że to zbyt ryzykowne?- mruknął wysoki blondyn o poważnych, złotych oczach.
 -Przesadzasz, Farciarz! Przecież wiesz, że gdyby mogły wystąpić jakieś komplikacje to nie poprosili by o to grupki nastolatków!- jęknęła szatynka i podeszła do chłopaka. Saber przyjrzał jej się uważnie i westchnął z rezygnacją. Ufał jej, ale nadal się bał, że coś pójdzie nie tak. Crow uznała to bezradne westchnienie za zgodę i z uśmiechem klasnęła podchodząc do Luke'a.
 -Na mnie nie licz.- warknął chłopak zakładając ręce na piersi.
 -Proszę... Obiecuję, że nikomu nic się nie stanie!- pisnęła Alex przekrzywiając głowę w błagalnym geście. Zawsze gdy to robiła to inni jej ulegali.
 -No dobrze...- westchnął ciężko Sky i usiadł zmęczony na ziemi. Tyle się dzisiaj wydarzyło, a to dopiero początek. SSŁ... Nie ufał im, ale zgodził się ze względu na Alex. Bo co niby może im się stać? Nawet jeśli zginie to będzie szczęśliwy, że ten cały ból w jego sercu w końcu minie.
 -Jeśli mogę to także chciałabym pomóc...- wyszeptała zawstydzona Alice patrząc w rozradowane oczy szatynki.
 -Świetnie!- krzyknęła szczęśliwa Crow i powoli namawiała resztę zebranych. Miała trochę problemów z wysoką, piękną brunetką o niebieskich oczach, z którą o mało się nie pobiła, ale w końcu namówiła wszystkich.
 -Eksperyment, dzięki któremu zyskam władzę nad jednym z żywiołów...- pomyślała Alice podchodząc do otwartego okna i patrząc na błękitne niebo.- Brzmi nieprawdopodobnie, ale wierzę, że to się uda. Wierzę w to całym sercem, bo może dzięki temu moje życie przestanie być takie bolesne...
 -O czym tak myślisz?- zapytała Caroline, która nagle pojawiła się obok zaskoczonej Heartbreaker. Blondynka jednak milczała nie chcąc odpowiadać na to pytanie. W jej czerwonych oczach czaił się strach. Czego się bała? Na to pytanie nawet sama Alice nie mogła odpowiedzieć.- Zgodziłam się na to z nadzieją na lepsze życie. Tak jak wszyscy tutaj. Mam nadzieję, że zapomnę twarz tego gnojka, który zniszczył moje życie...- warknęła Catraw patrząc wściekle daleko w pustą przestrzeń.- Wiesz dlaczego tu jestem? Kiedyś, gdy miałam dwanaście lat, moja mama wyszła ponownie za mąż. Jej facet był cholernym zboczeńcem, który dobierał się do mnie każdego dnia, gdy tylko mamy nie było w domu. W końcu nie wytrzymałam i uderzyłam go. Nie mogłam znieść takiego życia. Chciałam uciec z domu, ale on mnie złapał i zgwałcił przed samymi drzwiami. Błagałam go, żeby przestał, ale on mnie nie słuchał. Mówił, że tylko to mi się należy. Zrobił to pięć razy w ciągu jednej godziny. Nie miałam już nawet siły krzyczeć, ani płakać. Zaniósł mnie później do pokoju i położył mnie spać jakby nic się nie stało. Zmył moją krew z podłogi i sam poszedł pod prysznic. Gdy moja mama wróciła powiedział, że bawił się ze mną i tak się zmęczyłam, że zasnęłam. Następnego dnia chciałam się wymknąć po cichu z domu, ale on czekał na mnie przy drzwiach i zrobił to znowu. Za trzecim razem do domu wbiegła moja mama. Zobaczyła mnie leżącą nago na ziemi i całą we łzach i tego dupka z bestialskim uśmiechem na twarzy. Myślałam, że moja matka go zabije. Podbiegła do niego i zaczęła go okładać pięściami. Niestety przyszedł jeden z sąsiadów i odciągnął ją od niego. To dziwne, ale widok jego zakrwawionej, poobijanej i podrapanej twarzy sprawił mi radość.- Caroline zaśmiała się smutno i otarła pojedynczą łzę z policzka. Alice nagle objęła ją mocno chcąc ją pocieszyć. Zaskoczona zielono-włosa rozkleiła się wtedy na dobre. Potok łez spływał po jej twarzy rozmazując czarny tusz do rzęs.
   To była naprawdę straszna historia. Heartbreaker nie rozumiała jak człowiek mógł zrobić coś takiego! Jak można zgwałcić niewinne dziecko?! Przecież to było takie nieludzkie! Teraz już zrozumiała dlaczego tak łatwo im zaufała. Wszyscy przeszli w swoim życiu przez coś tragicznego... Każdy z nich kiedyś stracili wiarę w ludzi i powoli ją odzyskiwali. Czuła się z nimi w pewien sposób powiązana. Czuła się z nimi szczęśliwa...

sobota, 13 lipca 2013

Rozdział III- "Co mam ci powiedzieć, hę?!"

   Może i popełniała błąd. Może i zostanie ponownie zraniona, ale ci ludzie przeżyli w swoim życiu takie chwile, których nawet nie życzy się najgorszym wrogom. Zaufała im. Zaufała tej niewielkiej grupce osób, którzy cały czas uśmiechali się bez powodu. Ich uśmiechy skrywały mroczną i bolesną przeszłość.
   Po niecałym tygodniu Alice została uznana za oficjalnego członka "Bandy Niebezpiecznie Radosnych Ludzi", którzy byli znienawidzeni przez nauczycieli, którzy nie znali żadnego z imion ani nazwisk członków. Coraz częściej widać było szczery uśmiech na ślicznej twarzy dziewczyny, a jej oczy często promieniały szczęściem.
 -Luke... Jesteś jedyną osobą w tym pokoju, która się nie uśmiecha.- mruknął wysoki, szczupły chłopak o czarnych włosach i pięknych, złotych oczach. Czuć było od niego alkohol, a on sam ledwo się trzymał na nogach.- Powiedział byś coś.- zaśmiał się chłopak w stronę błękitnookiego, który wstał gwałtownie i chwycił przyjaciela za gardło. Na jego twarzy widać było czystą wściekłość.
 -Co mam ci powiedzieć, hę?! Że jesteś dupkiem, Michael?! Twoja dziewczyna leży w szpitalu i czeka na operacją, którą nie wiadomo, czy przeżyje, a ty puszczasz się z dziwkami na prawo i lewo! I ty uważasz się za faceta?!- krzyknął chłopak i uderzył złotookiego pięścią w twarz. Przerażona czerwono-oka podbiegła do Luke'a i objęła go w pasie.
 -Proszę... Przestań....- mruknęła cicho zaciskając swoje drobne ręce na jego klatce piersiowej. Łzy powoli spływały po jej policzkach, a drobne dłonie trzęsły się jak osika.- Nie chcę żeby stało mu się to, co kiedyś mi...
   Zaskoczony Sky obrócił się przodem do blondynki i przyciągnął jej drobne ciałko do siebie. Jego długie, delikatne palce gładziły jej jasne włosy lekko ją uspokajając.
 -Przepraszam... Nie chciałem cię doprowadzić do płaczu.- mruknął Luke wtulając twarz w włosy blondynki. Cała sala nagle zamilkła i wszyscy z zaskoczeniem przyglądali się Heartbreaker, która stała objęciach czarnowłosego chłopaka.
 -A ja myślałam, że Alice jest taką chłodną osobą, która trzyma się z dala od innych ludzi.- zaśmiał się David poprawiając swoje okulary. Alice i Sky szybko oderwali się od siebie cali czerwoni i spojrzeli w dwie różne strony.- Zmieniasz się, młoda. Cieszy mnie to.
   Heartbreaker spojrzała na Davida nieśmiało swoimi czerwonymi oczami i uśmiechnęła się uroczo. Chłopak odwzajemnił uśmiech i objął ciaśniej Isabellę. Blice zmierzyła go swoimi błękitnymi oczami i zaśmiała się krótko bawiąc się jego włosami.
 -Hej, gołąbeczki!- rozległ się niski, kobiecy głos i przez otwarte okno wskoczyła do pomieszczenia wysoka, ładna dziewczyna o brązowych włosach do ramion i oczach w tym samym kolorze. Nazywała się Alex Crow i była "szkolnym łobuzem".- Nie uwierzycie kto mnie odwiedził.
 -Kto? Kto?- zachichotała zaciekawiona Caroline i podbiegła do Crow, która zdążyła już zeskoczyć z parapetu.
 -Szef SSŁ.- powiedziała dumna  z siebie Alex. Jej brązowe oczy aż błyszczały z podekscytowania. Wtedy dostrzegła śpiącego na podłodze Michaela.- A temu znowu co?
 -Luke go uderzył.- powiedziała z dziecięcym uśmiechem Catraw.
 -Zgaduję, że poszło o Lily...- westchnęła brązowo-włosa i oparła jedną z dłoni o biodro.- Niepotrzebnie. Dzisiejsza operacja przebiegła pomyślnie i lekarze dają jej stuprocentowe szanse na przeżycie.
 -Wspaniale!- krzyknął Michael, który nagle podniósł się z ziemi tylko po to, żeby po chwili znowu zapaść w sen.
 -Nigdy nie ogarnę tego dziwaka.- mruknęła Alex poprawiając swoją czarną spódniczkę.- Wracając do SSŁ...
 -Przepraszam, że się wtrącę, ale co to jest SSŁ?

czwartek, 11 lipca 2013

Rozdział II- "Już możesz płakać."

   Zwykle opuszczone pomieszczenie wypełnione było głośnymi śmiechami i rozmowami. Kilka osób kłóciło się zajadle o to, który z piłkarzy jest lepszy, a reszta starała się ich uciszyć i w końcu także dołączali do tej niedorzecznej wymiany zdań.
 -Więc co cię sprowadza do SS?- zapytał nagle wysoki chłopak o czarnych włosach z czerwonym pasmem, który spojrzał wymownie na Alice. Nazywał się David Biray i chodził do starszej klasy.- Wiesz przecież, że jest to szkoła dla osób "po przejściach".
 -Wolicie tego nie słuchać.- powiedziała Heartbreaker nie odrywając wzroku od okna. Chciała stąd jak najszybciej uciec.
 -Każdy z naszej grupy kiedyś opowiadał o swojej przeszłości, więc teraz chcemy usłyszeć twoją historię.- powiedział czarnooki z miłym uśmiechem. Czerwone oczy dziewczyny przyjrzały się uważnie jego twarzy. Wiedziała, że może im zaufać, ale nadal się bała. Może jak im opowie o swojej przeszłości to w końcu zostawią ją w spokoju.
 -Stało się to, gdy zaczynałam karierę.- zaczęła Alice znowu patrząc na krajobraz za oknem.- Mało czasu spędzałam wtedy w szkole i rzadko widywałam przyjaciół. Gdy w końcu wróciłam do szkoły dowiedziałam się od przewodniczącej klasy, że wszyscy moi przyjaciele czekają na mnie za szkołą, więc do nich poszłam. Usłyszałam od nich, że mnie nienawidzą, że ich porzuciłam i nie chcą mnie więcej widzieć na oczy. Moja najlepsza przyjaciółka wypowiedziała wtedy słowa, które pamiętam do teraz. "Niszczysz innych ludzi, Alice. To przez ciebie staliśmy się tacy. Nienawidzę cię za to, że mnie tak zmieniłaś! Nienawidzę twojej twarzy! Zawsze ci wszystkiego zazdrościłam, ale nigdy nie zwracałaś na mnie uwagi!". Po tych słowach uderzyła mnie pięścią w twarz. Gdy upadłam cała grupa zadała mi serię ciosów w brzuch, żebra i nogi. Wylądowałam w szpitalu. Miałam krwotok wewnętrzny, połamane żebra i nogę złamaną w trzech miejscach. Żadne z nich nie przyszło mnie odwiedzić.- powiedziała dziewczyna i gdy skończyła opowiadać o swojej przeszłości spojrzała na zaskoczone i współczujące twarze zebranych w pokoju.- Oto jest powód mojego przeniesienia się tutaj.
 -Biedactwo!- krzyknęła Caroline i ze łzami w oczach rzuciła się na szyję Heartbreaker.- Twoja historia jest taka smutna! Tak mi przykro, że musiałaś przez to przechodzić, ale obiecuję ci, że nigdy nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić!
 -A ty dlaczego tu jesteś?- zapytała Alice ignorując Catraw i zwracając się do Biray'a. Chłopak zaśmiał się i usiadł na jedną z ławek poprawiając swoje okulary.
 -Moja matka popełniła samobójstwo w mojej obecności, gdy miałem siedem lat. Podcięła sobie żyły i zaczęła śpiewać mi kołysankę. Zasnąłem, a gdy się obudziłem ona już nie żyła, a do domu dobijali się policjanci i lekarze. Od tamtej pory nie mogę nawet patrzeć na żyletki.
   Mówił to wszystko z taką łatwością, ale ona i tak widziała jego ból. Widziała wszystkie emocje, które tak bardzo starał się ukryć.
 -Już możesz płakać.- powiedziała różowo-włosa dziewczyna, która objęła chłopaka wtulając jego twarz w swoją klatkę piersiową. David objął błękitnooką i cicho szlochał. Różowo-włosa nazywała się Isabella Blice i była dziewczyną Buray'a, a także chodziła z nim do klasy. Razem wyglądali naprawdę uroczo.
 -Hm... Carolnie?- mruknęłam do dziewczyny, która nadal wisiała na szyi Heartbreaker.- Kiedy mnie w końcu puścisz?
 -Oj, przepraszam...- zaśmiała się dziewczyna i odskoczyła od blondynki.
   Pokój znowu wrócił do życia. David się uspokoił, a Alice nadal patrzyła za okno. Od czasu wypadku nie czuła się komfortowo w takim towarzystwie. Chciałaby gdzieś uciec, schować się i nie wychodzić stamtąd do końca życia. Powoli odzyskiwała wiarę w ludzi i zaufanie do innych. Uśmiechnęła się sama do siebie. To był pierwszy raz od jej wypadku, gdy okazała szczęście.

środa, 10 lipca 2013

Rozdział I- Nowa szkoła

   Dźwięk obcasów pani profesor roznosił się echem po korytarzu i zagłuszał ciche kroki dziewczyny. W powietrzu unosił się lekki zapach papierosów, ale kobieta najwyżej nie zwracała na to uwagi. Chciała jak najszybciej przedstawić to dziecko reszcie klasy i zacząć w końcu lekcję. W milczeniu przyspieszyła kroku, a niska blondynka ruszyła za nią. Dojście do odpowiednich drzwi nie zajęło im dużo czasu. Stojąc chwilę przed drewnianymi drzwiami nauczycielka przysłuchiwała się głosom dochodzącym ze środka po czym z westchnieniem otworzyła drzwi.
 -Dzień dobry! Dzisiaj przedstawię wam nową uczennicę!- powiedziała brązowo-włosa kobieta uśmiechając się uroczo. Jej zachowanie diametralnie się zmieniło. W jednej chwili stała się w uprzejmą, radosną i miłą osobą.
   Blond-włosa dziewczyna weszła do sali zamykając za sobą drzwi i stanęła obok nauczycielki. Uczniowie nie mogli oderwać od niej oczu. Kilka osób szeptało między sobą mówiąc, że gdzieś już ją widzieli. Dziewczyna uważnie obserwowała ich twarze swoimi dużymi, czerwonymi oczami.
 -Może powiesz jak się nazywasz?- zaświergotała pani profesor z uśmiechem przekrzywiając głowę. Dziewczyna zaciągnęła rękawy swojej zielonej bluzy na szczupłe dłonie i wzięła głęboki oddech.
 -Nazywam się Alice Heartbreaker.- powiedziała blondynka odwracając głowę w stronę szatynki.- Gdzie mam usiąść?
   Kobieta gestem ręki wskazała na miejsce obok wysokiego, przystojnego chłopaka o czarnych włosach i błękitnych oczach. Alice skierowała się szybkim krokiem w stronę ławki i obojętnie zajęła wyznaczone miejsce.
 -Alice Heartbreaker?! Ta Alice Heartbreaker?!- pisnęła jedna z dziewczyn wywołując falę szeptów w pomieszczeniu. Pani profesor spojrzała na nią z uroczym uśmiechem i oparła jedną z dłoni o biurko.
 -Teraz cała wasza uwaga powinna być skupiona na mnie.- zachichotała nauczycielka i cała klasa umilkła na powrót zajmując się lekcją. Szatynka rzuciła krótkie, zabójcze spojrzenie Alice i jej zielone oczy znowu świeciły dziecinnym szczęściem.
   Heartbreaker zgrabnie wyciągnęła książki i zeszyt, które błyskawicznie otworzyła. Nie mogła jednak skupić się na lekcji. Wracały do niej wspomnienia z poprzedniej szkoły, które przypominały o połamanych kiedyś kościach i poranionym ciele. Przypomniały jej się te wszystkie obelgi, które usłyszała z ust przyjaciół.
 -Dlatego nienawidzę ludzi...- pomyślała dziewczyna i całą swoją uwagę skupiła na lekcji. Okazało się, że pani profesor postanowiła zrobić im wolną lekcję, więc większość osób przyglądało się uważnie drobnej blondynce.
 -To ty jesteś tą młodą aktorką, która nagle zakończyła karierę, prawda?- zapytała jedna z dziewczyn, która objęła ją swoim chudym ramieniem. Była to wysoka, szczupła dziewczyna o pięknych, zielonych oczach i długich włosach w tym samym kolorze.
 -Może.- mruknęła Alice zrzucając jej rękę ze swojego ramienia. Nie chciała się z nikim w żaden sposób zaprzyjaźniać. Wiedziała jak to się skończy.
 -Nazywam się Caroline Catraw i mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółkami.- powiedziała zielono-włosa wyciągając w stronę Alice swoją szczupłą dłoń. Heartbreaker uścisnęła ją obojętnie i oparła twarz na dłoni patrząc ślepo w tablicę.
 -Sposób w jaki się ze mną przywitałaś przypomniał mi o mojej byłej przyjaciółce.- mruknęła blondynka mrużąc lekko oczy.
 -Jak to "byłej"?- mruknęła zaciekawiona Caroline i oparła się dłońmi o ławkę. Alice zmierzyła ją wzrokiem i zaśmiała się z pogardą do własnych wspomnień.
 -Powiedzmy, że był to dość brutalny koniec przyjaźni.- powiedziała czerwono-oka modląc się w duchu, aby ta lekcja się skończyła. I tak powiedziała już za dużo, a tak zwani "przyjaciele" zawsze chcieli wiedzieć wszystko. Zawsze wypytywali o miliony szczegółów.
 -Widzę, że nie chcesz o tym rozmawiać, więc nie zmuszaj się do tego.- zaśmiała się miło Caroline i poklepała lekko blondynkę po głowie. Na twarzy Alice widniało niedowierzanie i zaskoczenie, które szczerze rozbawiły Catraw.- David, czemu nic nie mówisz?- jęknęła zielono-włosa do chłopaka, z którym siedziała czerwono-oka. Heartbreaker dopiero teraz chyba zauważyła jego istnienie.- To jest Luke Sky.
 -Miło mi poznać.- mruknął chłopak bez emocji i położył głowę na ławce wpijając swoje błękitne oczy w naburmuszoną twarz Caroline. Ta dwójka wydawała się sobie naprawdę bliska...
 -Zawsze jesteś taki! Czemu chociaż raz się szczerze nie uśmiechniesz?! Przez te 11 lat nigdy nie widziałam twojego uśmiechu!- burknęła Caroline zakładając ręce na piersi. Cała sytuacja była całkiem zabawna, ale Alice po wszystkich swoich przeżyciach nie potrafiła już się śmiać. Czuła się szczęśliwa, ale nie potrafiła tego w żaden sposób okazać.- Może zjesz dzisiaj z nami na długiej przerwie?- zapytała z uśmiechem Catraw nachylając się nad Heartbreaker, która pod wpływem jej spojrzenia zmiękła.
 -Dobrze...

~*~


   Pierwszy rozdział "Feniksa"!!! Muszę się wam przyznać, że gdy pisałam ostatni rozdział "Bestii" to uroniłam kilka łez... ;<
   Proszę was o komentarze, bo nie jestem pewna, czy rozdział się udał.

wtorek, 9 lipca 2013

Rozdział 47- Koniec...

   Oto ostatni rozdział Bestii. Dziękuję wam za te cztery miesiące! Dzięki waszym komentarzom i tak dużej ilości wyświetleń zyskałam siłę i chęć do pisania! <3 Naprawdę wam dziękuję! :*

~Noemi~


    -To dziwne... Ludzie na świecie zaczęli wariować, bo do ich żył dostało się NST, ale wraz ze śmiercią Shike ta trucizna zniknęła. Nawet probówki, które mieliśmy w laboratorium wyparowały.- mruknęła Natalia czesząc długie włosy Rue, która nadal była obrażona na Ann za to, że nie mogła brać udziału w wojnie. Całe szczęście Michael, Ron i Oliver przeżyli...
    Obok mnie i Jamesa siedziała "siostra" chłopaka, Shilo- ładna dziewczyna o brązowych oczach i ciemnych, blond włosach. Nie spodziewałam się tutaj nikogo więcej, ale nagle drzwi się otworzyły i wpadła przez nie Nadia, a za nią Kamil.
    Jak ja ich dawno nie widziałam! Ze łzami w oczach rzuciłam się im na szyje, a później razem z Nadią z szerokimi uśmiechami na ustach ocierałyśmy wilgotne policzki.
 -Nie spodziewałam się, że to się tak zakończy.- powiedziałam głośno i wyraźnie zwracając się do wszystkich ludzi, którzy powoli zbierali się w pomieszczeniu.- Ale jednak nam się udało! Udało nam się pokonać zło! Udało nam się dokończyć to, co zaczęła moja matka! Dzięki temu moja matka będzie mogła w końcu zaznać wiecznego spokoju.- w trakcie mojej przemowy widziałam, że parę osób ocierało łzy wzruszenia. Uśmiechnęłam się do nich miło i postanowiłam mówić dalej.- Jednak bez waszej pomocy nigdy by to nie wyszło. Gdyby nie wasze poświęcenie to właśnie ja, a nie Shike, byłabym martwa! Dziękuję wam za to, że we mnie wierzyliście, bo bez tej wiary nigdy bym nie odważyła się stanąć do jakiejkolwiek walki!

~3 lata później~

    -Noemi! Wychodź! Zaraz się spóźnisz!- krzyczała do mnie Nadia waląc pięścią w drzwi.- Nie mów mi, że masz tremę!
    Lekko uchyliłam drzwi wpuszczając Nadię do środka. Była ubrana w długą, jasno-różową sukienkę, która idealnie podkreślała jej zgrabną figurę. Nich to szlag!
 -O mój Boże! Jakaś ty piękna!- jęknęła Nadia chwytając moje dłonie i prowadząc mnie do lustra.
   Spojrzałam na swoje odbicie z uśmiechem i przejechałam dłonią po białym materiale sukni ślubnej. Była ona długa i swoim krojem przypominała trochę suknie, które nosiły księżniczki w bajkach dla dzieci. Czerwone włosy miałam spięte w kok i przykryte długim, białym welonem. Naprawdę wyglądałam pięknie...
 -No, ale czemu muszę nosić coś, co tak bardzo rzuca się w oczy?!- burknęłam.
 -Bo to dzień twojego ślubu!- zaśmiała się blondynka i wyprowadziła mnie z pokoju. Szłyśmy korytarzem mijając wiele wystrojonych istot paranormalnych, które także zbierały się do wyjścia. Gdy mnie widzieli uchylali lekko głowy i uśmiechali się miło. To zaczynało robić się dziwne.
 -Czemu ten debil musiał mi się oświadczyć?! Czemu byłam na tyle głupia, żeby się zgodzić?!- warknęłam sama do siebie. Gdybym wtedy odmówiła to może bym tego uniknęła, ale prawda była taka, że sama chciałam tego cholernego ślubu!
 -Przesadzasz!- zachichotała Nadia otwierając przede mną drzwi do czarnej limuzyny Rona, który rok temu okazał się Bratnią Duszą blondynki.- Wskakuj do środka!
   Posłusznie usiadłam w środku delikatnie poprawiając moją suknię. To dziwne, ale chciałam już zobaczyć Jamesa. Nie potrafiłam sobie wyobrazić jak będzie wyglądał w dzień taki jak ten, ale jedno wiedziałam na pewno... Będziemy żyć długo i szczęśliwie...

~10 lat później~

   -Mamo, mamo!- krzyczało małe, uśmiechnięte stworzenie o czerwonych oczach i czarnych włosach, które biegło właśnie w moją stronę.
 -Słucham cię, Nika.- powiedziałam z uśmiechem nadal nie puszczając dłoni Jamesa.
 -David znowu zmienił się w demona!- pisnęła dziewczynka ciągnąc mnie za drugą rękę. Zaśmiałam się cicho i razem z Jamesem ruszyliśmy za zdenerwowanym dzieckiem.
   Nadałam moim dzieciom imiona moich rodziców, bo chciałam, żeby i one zawsze pamiętały o swoich dziadkach. Zza krzaków wyłonił się szczupły, czerwono-włosy chłopiec o czarnych oczach z długim ogonem. Bliźniaki miały dopiero po dziewięć lat, ale kilka razy doprowadziły mnie do niekontrolowanej zmiany w demona. Mimo tego one i James były dla mnie całym moim światem i całym moim życiem.
 -Mamo... O czym tak myślisz?- zapytała Nika wyrywając mnie z zamyślenia.
 -O niczym, skarbie. O niczym...- zaśmiałam się patrząc na uśmiechniętą twarz Jamesa. Tak... Oni byli całym moim światem...

~Koniec~

poniedziałek, 8 lipca 2013

Rozdział 46- Misja "Zabić Shike" rozpoczęta!

        Tak jak myślałem... Zmiana w demona była w tym wypadku dobrym rozwiązaniem. Cholera... Takiego pobojowiska to ja jeszcze nie widziałem. Wszędzie leżały ciała martwych Hirvii i istot paranormalnych. Reszta naszego wojska siedziała w namiocie medycznym i leczyła swoje rany. Jak widać wygrali, ale bardziej mnie zaniepokoił fakt, że nie było tam ciała Shike. Wtedy poczułem coś, co mnie naprawdę przeraziło...
    Moc Shike i Noemi, która dochodziła ze Szklanego Pałacu...

~Noemi~

   Shike była jeszcze silniejsza niż Britt. Czy to przez NST, która płynęła w jej żyłach?! Nie wierzę... Jej ruchy były za szybkie. Nie mogłam się nawet zamienić z powrotem w demona. Cholera... I na dodatek sztylet mi wypadł i leżał teraz gdzieś na korytarzu.
 -Masz już dość, Wybranko?- zaśmiała się Shike uderzając mnie pięścią w twarz i łamiąc mi przy tym nos. Cholera! Tego już za wiele. Uniosłam nogę i kopnęłam ją w bok z obrotu. Blondynka odleciała na kilka metrów i rąbnęła w ścianę z impetem.
   Nie czekałam aż się podniesie. Pospiesznie nastawiłam nos i zmieniłam się w demona. Teraz walka mogła się zacząć na poważnie. Jednak Shike nie pozostawała mi dłużna. Przybrała postać ogromnej, chudej Hirvii, która przypominała mi pająka.
 -Dopiero się rozkręcam.- zachichotałam i rzuciłam się na stworzenie.
   Oplotłam dłonie wokół jej szyi i zwinnie wskoczyłam na jej plecy, przy czym skręciłam jej kark. Hirvia padła na ziemię i wydawać by się mogło, że nie żyje, ale wtedy jedna z jej długich łap chwyciła mnie za kostkę i powaliła na ziemię. Jej chude jak patyki nogi przygwoździły mnie do ziemi blokując wszelkie moje ruchy. Jednak pozostawała mi jeszcze jedna broń...
   Błyskawicznie wbiłam ostrze mojego ogona w lewe oko Shike, która z sykiem odskoczyła ode mnie. Biała substancja powoli sączyła się z jej oka i mieszała się z trucizną, którą jej wstrzyknęłam.
 -Ty mała...- warknęła i rzuciła się na mnie uderzając mnie pięściami w napadzie szału. Jej usta rozszerzyły się ukazując ostew kły w szaleńczym uśmiechu.
 -To twój koniec Shike!- krzyknął jakiś chłopak, który właśnie wbiegł do pokoju. Zanim blondynka zdążyła spojrzeć w jego stronę przez jej głowę przeszła srebrna strzała. Korzystając z okazji wybiegłam na korytarz mijając po drodze Jamesa, który stał uśmiechnięty z łukiem w ręce. Kątem oka dostrzegłam sztylet i chwyciłam go do ręki.
 -Mam cię!- usłyszałam głos tuż nad sobą i jedyne co zdążyłam zrobić to odwrócić się i spojrzeć w zwierzęce oczy Shike.

~James~

   Ciało Shike bezwładnie leżało na ciele Noemi i wracało do poprzedniego stanu. Podbiegłem tam szybko i zwaliłem ciało blondynki z ciała czerwono-okiej. To niebywałe, ale... nic jej nie było!
 -Czego się szczerzysz jak głupi?!- warknęła Noemi odwracając ode mnie głowę. Hmm.. Przykre...
   Odwróciłem się do niej plecami i patrzyłem ślepo na ciało Shike. Było całe zmasakrowane i wyglądało jakby napadło ją jakieś dzikie zwierzę... W sumie... to napadło ją dzikie zwierzę.
 -Kocham cię.- usłyszałem miękki głos Noemi przy swoim uchu i chwilę później otrzymałem buziaka w policzek. Cholera... Chyba mocno walnęła się w głowę...
 -Czy ty... dobrze się czujesz...?- zapytałem odwracając głowę i zostałem obdarowany namiętnym pocałunkiem w usta.
 -Tak, czuję się świetnie.- powiedziała Noemi z najsłodszym uśmiechem jaki kiedykolwiek widziałem.

~*~

   Przedostatni rozdział "Bestii"! Jutro pojawi się ostatnia część tego opowiadania, a w środę spodziewajcie się pierwszego rozdziału "Feniksa"! <3

Feniks- historia zrodzona z popiołów (Zapowiedź)

   Zapowiedź mojego nowego opowiadania pt.: "Feniks". Mam nadzieję, że wam się podoba. <3

niedziela, 7 lipca 2013

Rozdział 45- Początek kolejnej wojny

   Oficjalnie oznajmiam, że opowiadanie pt.: "Bestia" zakończę 10 lipca 2013 roku!
   Wiem, miało być po wakacjach, ale termin się przesunął z pewnych powodów, których wam nie podam! ;3 10 lipca rozpocznę także nowe opowiadanie pt. "Feniks".
   Przepraszam, że zajęłam wasz cenny czas tą krótką informacją! A oto nowy rozdział:

~*~

    To nie czas na sen! Muszę czym prędzej wstać i się ogarnąć! Przecież właśnie zabiłam siostrę Shike! To na 100% wywoła wojnę!
   Podniosłam się szybko ze szpitalnego łóżka i w pośpiechu ubrałam swoje ubrania bitewne, które uprzednio sama zaprojektowałam. Były to krótkie, czarne spodenki i krótki, czarny top, od których dołączyłam miecz, sztylet i łuk z kołczanem. Dobrze, że w tym pokoju szpitalnym nikogo teraz nie było, bo z pewnością chcieliby mnie powstrzymać.
   Wybiegłam z pokoju i pędem puściłam się przez korytarz chwilę później wybiegając na zewnątrz. To, co zobaczyłam wywołało u mnie mieszane uczucia. Stała przede mną armia uzbrojonych istot paranormalnych, a na ich czele widziałam drobną blondynkę o jednym oku niebieskim, a drugim czerwonym. O ile dobrze pamiętałam to miała na imię Rue i miała dopiero 15 lat!
 -Rue! Co tu się dzieje?!- krzyknęłam i podbiegłam do niej. Dziewczynka odwróciła się i poprawiając swoje długie, czarne skórzane spodnie uśmiechnęła się do mnie.
 -Wojska Shike zmierzają w tą stronę, więc szykujemy się do wojny!- powiedziała dziewczynka radosnym głosem. Cholera! Wiedziałam, wiedziałam!- To cała chmara Hirvii, więc szybko sobie z nimi poradzimy, ale większe zagrożenie stanowi sama Shike i jej grupka pupilków, których ciała zaakceptowały NST...
 -A ty, młoda damo, nigdzie nie idziesz!- usłyszałam kobiecy głos i nagle ciało Rue uniosło się w powietrze. 
 -Ann! Puść mnie! Zdejmij ze mnie to zaklęcie! Ja będę walczyć!- krzyczała blondynka wijąc się dziko. 
 -Nie!- powiedziała wysoka, szczupła kobieta o długich, brązowych włosach i brązowych oczach. Za nią stała trójka uzbrojonych po zęby mężczyzn. Pamiętałam ich... Byli to Michael, Oliver i Ron.- My będziemy pomagać w lecznicy! Wojna nie jest dla dzieci!
 -Ale ja nie jestem dzieckiem!- jęknęła Rue i zrobiła obrażoną minę.
 -Dorośli się raczej tak nie zachowują.- zachichotała Ann i zarzucając sobie Rue na ramię skierowała się w stronę Szklanego Pałacu. Zatrzymała się jednak przy grupce chłopaków i podeszła do wysokiego blondyna.- Uważaj na siebie, Michael.- mruknęła i pocałowała chłopaka, po czym biegiem puściła się do pałacu.
 -Jak zginę w wieku 60 lat to nie wiem co zrobię.- zaśmiał się rudy chłopak o czerwonych oczach i zmienił się w wielkiego, czerwonego wilka.
 -Może przeżyjesz, staruszku.- zaśmiał się Oliver ukazując swoje długie i ostre szpony oraz kły.- Nudno by było gdybyś zginął. Noemi...- zwrócił się mężczyzna w moją stronę z miłym uśmiechem.- Wierzymy w ciebie.... Dasz radę.
   Odwzajemniłam uśmiech i spojrzałam na horyzont. Widać tam było zbliżające się postacie, co spotęgowało tylko mój strach.
    Szkatułka...
   To słowo rozbrzmiało w mojej głowie głośnym echem. No tak! Przecież mama powiedziała, że muszę ją otworzyć!
   Pobiegłam szybko w stronę pałacu. Czułam na sobie kilka zdziwionych i zaskoczonych spojrzeń, ale nic mnie to teraz nie obchodziło.
   Wampir.- pomyślałam uwalniając źródło magii i błyskawicznie znalazłam się w swoim pokoju. Otworzyłam szufladę, w której znajdowała się szkatułka i pospiesznie ją otworzyłam za pomocą mojego wisiorka. Szkatuła trzasnęła cicho, a na jej dnie znalazłam sztylet zawinięty w kawałek papieru. Rozwinęłam kartkę, a sztylet schowałam do cholewki wysokiego buta, w którym tkwiła niewielka pochwa. 
   "Tym sztyletem zabijesz nawet najpotężniejszego wroga z jakim przyjdzie ci się zmierzyć. Zaufaj tej broni, a nic nie będzie ci straszne."
    Dziękuję Ci, mamo...

~James~

   Szybciej! Szybciej! Jeżeli nie dobiegnę tam na czas to wiele osób może zginąć. A co jak coś się stanie Noemi?! Stop! W tej postaci nie dobiegnę tam tak szybko jak bym chciał... Ech... Muszę to jednak zrobić.
   Uwolniłem źródło magii i zamknąłem oczy. Demon...

sobota, 6 lipca 2013

Rozdział 44- Prawda o Britt

~Noemi~

   Zawsze, gdy ktoś mnie dotykał czułam się zdradzona i oszukana. Czułam się, jakby dana osoba próbowała się wedrzeć do mojego własnego świata i chciała go zniszczyć. Jednak ta dłoń, która trzymała moją nie wywoływała u mnie tego dziwnego uczucia.
 -Noemi!- usłyszałam kobiecy głos, który wywołał u mnie falę wściekłości. Odwróciłam się gwałtownie i zdenerwowana spojrzałam na brązowowłosą postać. Jej czerwone oczy aż błyszczały fałszywością.  Osoba, którą miałam ochotę zabić, czyli Britt.
    Znowu usłyszałam ten dziwny głos w moim wnętrzu. Coś w mojej głowie podpowiadało mi, że nie mogę jej ufać i w jednej chwili przed moimi oczami pojawiły się miliony obrazów. To było interesujące.

~Britt~

   Coś z nią było nie tak... Najpierw się wyłączyła i patrzyła na mnie ślepo, a potem uśmiechała się jak jakaś psychopatka. O co w tym wszystkim chodzi, do cholery?! 
 -No więc, Britt...- wymruczała Noemi, a jej ciało powoli przybierało postać demona.- Albo raczej Shelio...- zaśmiała się dziko czerwono-włosa i wysunęła długie, czarne szpony w moim kierunku.- Jesteś gotowa do walki na śmierć i życie?
   Nie wierzę! Jakim cudem ona to odkryła?! Jakim cudem dowiedziała się o tym, kim tak naprawdę jestem?! Czy ona zawarła jakiś pakt z diabłem?!
 -To już i tak bez znaczenia. Nie wygrasz ze mną, gdy masz na sobie Łańcuch Pieczęci.- zachichotałam i także zmieniłam się w demona.
 -Jesteś pewna?- zapytała czerwono-oka, a na jej głowie pojawiły się czerwone, kocie uszy. Nagle kajdany pękły i rozpadły się na miliony małych, błyszczących drobinek, które wiatr poniósł daleko w świat.
    Moje przerażenie sięgnęło zenitu, ale nie chciałam tego okazywać. Nikomu nigdy nie udało się samodzielnie zdjąć te kajdany! Nawet Nika tego nie potrafiła, a ona była naprawdę potężną istotą! W taki razie jaką moc posiadała ta drobna istota, z którą miałam się zmierzyć?
 -No więc walczmy!- powiedziałam ze szczerym uśmiechem. Jeżeli miała mnie zabić tak potężna istota jak Noemi to śmierć była zaszczytem...

~Noemi~

   Widok uśmiechu na martwej twarzy Britt wydawał się nie do zniesienia. Ból rozrywał moje serce, a do oczu napłynęły mi łzy. Może i jej nienawidziłam, może i zasłużyła na śmierć, ale to i tak nie była łatwa chwila. 
 -Nie patrz na to...- mruknął mi James do ucha zasłaniając mi oczy dłońmi. Lekko pocałował mnie w szyję i odciągnął od zmasakrowanego ciała dziewczyny po czym zdjął swoją koszulę i narzucił ją na moje nagie ciało.- Nigdy bym nie przypuszczał, że to Britt nas zdradzi...
    James objął mnie mocno jakby chciał mnie przed czymś ochronić. W jego ramionach czułam się bezpieczna i mogłam się w końcu uspokoić. Bicie jego serca powoli mnie usypiało, aż w końcu wyczerpana zasnęłam w jego ramionach.